Tak sobie czytam ten wątek i coraz bardziej nabieram pewności, że to Adam własnoręcznie zakosił te wszystkie szaliki!!! Ojjj niedobryyyyy...
Wstępna, niepełna, przyspieszona wersja -
Olimpia Poznań by JA!
1. Przeszłość
Cholera wie, kiedy się zaczęło.. w połowie lat 80-tych, gdy Olimpia walczyła z Rybnikiem o awans do pierwszej ligi (obecnej ekstraklasy) ciężko było się dopchać nawet na kilka godzin przed meczem do okien przed salą przy ulicy Bukowskiej. Potem to już aż do roku 1997 z górki.. pełne sale, doping, wyjazdy, medale, mistrzostwa... rekord frekwencji to 1993 rok i przeszło 6 tysięcy ludzi w "Arenie" (która mieściła teoretycznie 4 tysiące) i wielu zawiedzionych przed salą na półfinale Pucharu Ronchetti z Valenciennes Orchies. Rekord na "Chwiałce" to 1500 ludzi (przy pojemności sali 800 osób) na meczu finałowym MP z ŁKSem w 1995 roku, kiedy to by wejść trzeba było być kilka godzin wcześniej, a nawet za dziesięciokrotność ceny biletu nikt nie chciał sprzedać wejściówki. Szalikowcy to osobna sprawa - do bardzo zamkniętego grona należało zawsze około 50 osób, co nie zmienia faktu, że w dopingu uczestniczyło zawsze sporo więcej, często nawet cała sala.
2. Teraźniejszość.
Od trzech lat w żadnej gazecie o tv już nie mówiąc nawet nikt nie wspomniał o Olimpii, nie było żadnej zapowiedzi meczu. Mimo to jeszcze nie tak dawno, do Swarzędza potrafiło wybrać się 30 osób.Obecnie wielu straciło wiarę i w każdej sytuacji można liczyć na około 10-15 weteranów. Niestety z wieloma osobami straciliśmy kontakt, nie mają one pojęcia kiedy i gdzie gramy z powodu embargo informacyjnego w mediach, co poważnie utrudnia obecne działania. Sala Olimpii jest chyba jednak jedyną w Polsce, gdzie około 50% frekwencji podczas meczy stanowią dopingujący zawsze szalikowcy

Nie da się ukryć, że powoli się starzejemy i praca, rodziny i inne problemy dnia codziennego zaczynają brać górę.
3. Organizacja.
Nigdy nie było Fan-klubu i nigdy nie będzie. Od zawsze była to grupa przyjaciół mogących zawsze na siebie liczyć. Obecnie, mimo posiadania przez wielu rodzin i dzieci nawet, niewiele się zmieniło. Nadal wszystko opiera się na kontaktach towarzyskich przyjaciół, którzy wolą po prostu raz na jakiś czas spotkać się na sali, przy okazji meczu koszykówki, niż męczyć się w zadymionych, nudnych pubach. Brak ustalonych form organizacji nie przeszkodził nam jednak wydawać kolorowego, wielostronnicowego programu na mecz (drukarnia, skład, korekta i papier wszystko zorganizowane własnymi siłami... za reklamę w wydawnictwie), dogadać się z firmą Whirlpool w sprawie sponsorowania również kibiców - w zamian za reklamę w programie i na meczach (wywieszanie niebieskiej flagi Whirlpoola) firma opłacała nam 50% przejazdu na mecze wyjazdowe, projektować i rozprowadzać szalików na meczach, stworzyć również jedną z pierwszych stron WWW kibiców i koszykarek w Polsce (około roku 1996) itp. Istnienie klubu kibica zawsze było kompletnie zbędne.
4. Wyjazdy.
Bez żadnej przesady można powiedzieć, że jesteśmy najczęściej jeżdzącą grupą kibiców żeńskiego basketu w Polsce! Doping żadnego innego zespołu nie rozbrzmiewał w tylu salach i miastach naszego kraju (i nie tylko), jak Olimpii. Od Białegostoku po Polkowice, od Szczecina po Starachowice... Warszawa, Łódz, Pabianice, Wrocław, Toruń, Gorzów, Gdynia, Brzeg, Bydgoszcz, Konin, Ostrów, Swarzędz... hmmm... zapomniałem na pewno o wielu innych. Najliczniejszy wyjazd to na pewno Łódz w 1996 roku - 50 osób. Oprócz tego Pabianice kilka razy bardzo licznie, Gorzów około 30 osób, Swarzędz podobnie. Z reguły ostatnimi czasy - na pierwszą i drugą ligę są to wyjazdy w liczbie 5-8 osób. Nie muszę dodawać, że na każdym jest doping.
5. Sympatie/Antypatie
Na wiele spraw jesteśmy już za starzy

Antypatia to od dawna ŁKS... mimo, że kibica tego zespołu nie widzielismy już od jakiś 7 lat :d Nie przepadamy również za Lotosem. Od początku lat 90-tych łączy nas zgoda z kibicami Włókniarza Pabianice. Około 92 roku podczas wizyty u nas kibiców Ślęzy wymieniliśmy się flagami z tą ekipą, ale mimo sympatii, bliższe więzi nie zostały zawiązane.
6. Oprawy.
Od wielu lat staramy się wymyślać jak najbardziej ciekawe oprawy meczy. Około roku 95 zainicjowaliśmy zwyczaj współpracy ze spikerem, który podczas prezentacji wypowiada jedynie imię naszej zawodniczki - my skandujemy nazwisko (raz została tak wyróżniona rówież zawodniczka zespołu przyjezdnego - Gosia Downar-Zapolska, była Olimpijka). Gdzie się tylko da "nazwiska" stosujemy również na wyjazdach (pierwszy raz w Pabianicach, ostatnio podczas finałów mistrzostw Polski juniorek w Ostrowie). Oprócz tego każdemu nazwisku towarzyszy rzucane z balkonu confetti i palące się race przymocowane do balustrady balkonowej. Sam mecz rozpoczyna się tradycyjnie z reguły odśpiewaniem "Trzech kolorów... " - piosenki-hymnu kibiców Olimpii. Pamiętam, że liczba spisanych kiedyś dopingów sięgnęła przeszło 40. Raczej staramy się być oryginalni

Od kilku lat podczas ważnych spotkań ostatnia kwarta (lub w najgorszym razie kilka ostatnich minut) jest śpiewana cały czas, bez najmniejszej przerwy. Na meczach kiedyś wisiało nawet około 12-15 flag (cały balkon "Chwiałki"), obecnie wywieszamy ich 3-5.
Ps. Dowiedziałem się dziś, jak było z naszą flagą... w skrócie udało się Wam wydrzeć nam dwa kolory - biały i niebieski... hihi.. czerwony został w rękach kumpla

Ale nieważne... dawne czasy. My już jednak jesteśmy trochę za starzy na takie dziecinady.
Pozdrawiam.