Koszem interesowałam się od zawsze. Jednak w wieku 12 lat wybrałam inną dyscyplinę do uprawiania (żałuję tego, no cóż...). Kosz jednak gdzieś się zawsze przeplatał - a to na wuefie, a to na podwórku, a to w TV. Kiedy w 1999r w jednej z gazet lokalnych był dodatek poświęcony naszej drużynie... wtedy już wiedziałam, że muszę iść na mecz (byłam zafascynowana samym opisem zawodniczek..., nienormalne

). Tak się złożyło, że wtedy zaczęłam także trenować kosza i poszłam na 1wszy swój mecz pod koniec listopada tegoż roku (późno, bo na wcześniejsze mecze się nie "wbiłam", takie były czasy). I jak w pewnej piosence włókniarskiej: "(...) poszłam pierwszy raz, zawirował we mnie świat, już wiedziałam po co żyć (...)". Zakochałam się w meczach, scenerii (oprawach), w całej tej "gmatwaninie" po meczowej - potem i przed meczowej. Od tego czasu jestem na każdym meczu w Pabianicach, niekiedy udaje mi się gdzieś pojechać na mecz. Kocham ten sport w ogóle, kibicuję nie tylko swej drużynie (choć wcześniej nie przyjmowałam do wiadomości, że inne zespoły, inne zawodniczki tesh mogą być fajne i sympatyczne

).
Krótko siedzę w koszu, fakt. Mało mam wyjazdów, fakt. Ale nie wyobrażam sobie dalszego życia bez choćby jednego meczu w ciągu tygodnia. Ach! Kiedyś hala to był mój drugi dom - rodzice zawsze mi to mówili

. Żałuję jedynie, że tak późno "dotarło" do mnie, że w Pabiach jest naprawdę świetna drużyna basketu. Wiele mnie ominęło, ale nie zamierzam nigdy kosza zostawiać (a nawet jeszcze bardziej się z nim związać), zatem wierzę, że jeszcze wiele emocji i niesamowitych zdarzeń/wydarzeń przede mną.
-------------------------------------------------------------------------------------
Sorki, że się rozpisałam

Ale jak kiedyś kumple i kumpele twierdzili, że jestem, znaczy się byłam, monotematyczna (a raczej: koszotematyczna

)