Walkowiak to pierwszy w historii dyrektor koszykarskiego klubu AZS PWSZ. Poprzedni szef - wiceprezes urzędujący Ireneusz Madej - zrezygnował z prowadzenia klubu, bo został nominowany na lubuskiego wicewojewodę. Człowiek, który prowadził gorzowski klub od początku jego istnienia, pozostał jednak przy zespole i jako członek zarządu będzie wspierał nowego dyrektora. Od 1998 r. Walkowiak wykłada matematykę na Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej i fakt, że jest pracownikiem dydaktycznym uczelni miał decydujący wpływ przy wyborze jego kandydatury. Wczoraj oficjalnie rozpoczął urzędowanie.
Kamil Siałkowski: Jak minął pierwszy dzień pracy w ekstraklasowym klubie. Jakie były pierwsze zadania nowego dyrektora?
Tomasz Walkowiak: Wczoraj było wyjątkowo spokojnie. Tak naprawdę działanie w klubie rozpocząłem już kilka dni wcześniej. Pod nieobecność prezesa Madeja pilnowałem kilku spraw związanych z finansami. Pierwszym poważnym zadaniem była jednak organizacja niedzielnego meczu ekstraklasy z Lotosem. Niestety, w związku z tragicznymi wydarzeniami w Chorzowie trzeba było go odwołać. Wszystkie decyzje na bieżąco konsultowaliśmy z władzami Polskiej Ligi Koszykówki Kobiet i z naszymi gośćmi z Gdyni. Później jak najszybciej trzeba było poinformować wszystkich ludzi, którzy byli zaangażowani w organizację pojedynku. W poniedziałek miałem już pierwszy kontakt z władzami miasta, z którymi rozmawiałem o dotacji dla naszego klubu.
Czy koszykarki mogą w tym roku liczyć na większą pomoc?
- Miasto nadal będzie nam pomagać, ale na więcej nie mamy co liczyć. Złożyliśmy ofertę na 300 tys. zł, a dostaniemy tylko 220. To nawet mniej pieniędzy niż w ubiegłym roku [dotacja na 2005 r. wynosiła 250 tys. zł - przyp. red.]. Naczelnik Stanisław Woźniak argumentował decyzję władz tym, że w czerwcu organizowaliśmy akademickie mistrzostwa Europy. Miasto wyliczyło, że ta impreza kosztowała nas 30 tys. zł i o tą kwotę pomniejszyła dotację.
Prowadzenie klubu sportowego to dla Pana coś nowego. Czy poradzi sobie Pan z tak dużą odpowiedzialnością? Otrzymał Pan jakieś rady od swojego poprzednika?
- To będzie dla mnie największe wyzwanie w życiu. Sam jestem człowiekiem dobrze zorganizowanym, więc klub pod moją kontrolą powinien też być wzorowo poukładany. Trzeba umieć racjonalnie ocenić swoje siły. Będzie ciężko, ale pracownicy klubu na pewno na początku sporo mi pomogą. Łatwiej było mi podjąć taką decyzję ze świadomością, że nie zostanę sam. Jestem dobrej myśli, to się musi udać. Prezes Madej nie sprzedał mi żadnych dobrych rad, tylko już konkretne zadania. Zarządzanie zespołem z dużymi aspiracjami to nie są przecież żarty.
Czym dla Pana jest koszykówka?
- Nigdy nie uprawiałem tego sportu zawodowo. Pracuję na uczelni i od kuchni mogłem zobaczyć ciężką pracę wykonywaną przez trenera i zawodniczki na treningach, a później, już na parkiecie jej efekty. Zafascynował mnie rozwój tych dziewcząt i zacząłem zagłębiać się w tajniki basketu. Dużo rozmawiałem z naszym szkoleniowcem. Z czasem koszykówka stała się dla mnie sportem numer jeden.
A sporty ekstremalne? Nie one są najważniejsze?
- Koszykówce tylko kibicuję. Wolny czas lubię za to spędzać aktywnie. Próbowałem już niemal wszystkiego, co wiąże się z turystyką kwalifikowaną i sportami ekstremalnymi: nurkowanie, skoki na spadochronie, chodzenie po jaskiniach, spływy kajakowe. Kiedyś organizowałem też obozy przetrwania. Bardzo dużo chodzę po górach i to jest moja największa pasja. W Polsce byłem na wszystkich największych szczytach. Z czasem postanowiłem wejść też na wyższe góry: Mont Blanc w Alpach, Elbrus w Kaukazie oraz najwyższy szczyt Andów, czyli Aconcagua. Byłem też na Kilimandżaro. Lubię być sam na sam z dziką przyrodą.
Co dały Panu te wszystkie wyprawy?
- Nauczyły mnie wytrwałości w dążeniu do wcześniej określonego celu. To przede wszystkim sprawdzenie siebie w różnych, niecodziennych sytuacjach. Chciałem pokazać samemu sobie, że jestem w stanie pokonać słabości, a do tego przeżyć wielką przygodę i podziwiać piękno przyrody.
Można powiedzieć, że będzie Pan dyrektorem aktywnym?
- Muszę być. Aby dobrze zarządzać jakąkolwiek instytucją, nie można być ospałym. Tu potrzeba dużo energii. Musisz być otwarty na świat. Codziennie pojawiają się nowe problemy, które na bieżąco musisz rozwiązywać. Każdy dzień to kolejna przygoda.
Czy uda się pogodzić pracę na uczelni z działaniem w klubie? Jest Pan przecież wykładowcą na PWSZ.
- Wszystko jest do pogodzenia. Piszę właśnie pracę doktorską i to może się okazać większym problemem. Dużo czasu będę musiał przecież poświęcić na pracę w klubie. Sam jestem ciekaw, jak sobie z tym poradzę. Jestem jednak przekonany, że gdy zdam egzamin z organizowania sobie czasu, to na pewno poradzę sobie także z planowaniem działań w klubie.
Na którym miejscu na końcu sezonu chce zobaczyć swoje zawodniczki nowy dyrektor?
- Na parkiecie do końca rozgrywek nie zagra nasza liderka Agnieszka Szott i na pewno trudno teraz o nakreślenie jakiegoś konkretnego, mocnego planu. Pozostania w ekstraklasie praktycznie jesteśmy już pewni. Wierzę, że Dariusz Maciejewski wraz z całym sztabem trenerskim zrobią wszystko, aby nasze koszykarki w każdym meczu wypadały jak najlepiej. Abyśmy tylko zdrowi byli, to wyniki same przyjdą.
Czy na przyszły sezon szykujemy jakieś wzmocnienia?
- Teraz jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Przez rok gry w ekstraklasie dziewczęta zrobiły niesamowity postęp. Gdy dalej będą się rozwijały w tak szybkim tempie, to ogromnym wzmocnieniem będzie indywidualny rozwój każdej zawodniczki. My wzmacniamy się ciężką pracą. Jeżeli dalej będziemy notowali taki progres, to strach pomyśleć co będziemy grać za rok.
zrodlo: www.gazeta.pl
----------------------------------------------------------
Tak od siebie dodam, ze milo bylo uczyc sie od pana "pierwszego dyrektora" macierzy
Z gory przepraszam wszystkich "porzadkowych", za to ze nie wkleilem tego tematu do 'Czy AZS PWSZ Gorzów grozi bezkrólewie?' i robie nielad na forum. Powiedzmy, ze kierowalem sie tym co napisal simon, ze wywiad jest dobry na poczatek nowego tematu.

