dziś
Edyta Koryzna, koszykarka ŁKS Siemens AGD, była reprezentantka Polski, olimpijka z Sydney z 2000 r., należała do najlepszych zawodniczek łódzkiej drużyny w wyjazdowym meczu ekstraklasy przeciwko Energa Toruń.
- Kontrolowaliśmy przebieg spotkania w Toruniu - twierdzi Edyta Koryzna. - W końcówce regulaminowego czasu gry przydarzył się nam błąd, co doprowadziło do dogrywki, która na szczęście zakończyła się naszym sukcesem.
Spodziewałyśmy się, już po meczu o Puchar Polski z tym zespołem w Łodzi, że torunianki u siebie będą bardzo groźne. A to w związku ze zmianą trenera, co zawsze pociąga za sobą dodatkową mobilizację w drużynie. Zresztą Energa dysponuje, i w tej opinii nie jestem odosobniona, całkiem dobrym, jak na warunki krajowe, koszykarskim kolektywem, który na własnym parkiecie jest w stanie nawiązać równorzędną walkę z drużynami ze ścisłej czołówki, z wyjątkiem Wisły Can Pack Kraków i Lotosu Gdynia.
Dogrywka meczu, nie tylko w koszykówce, bywa zazwyczaj swoistą loterią, w której nie zawsze górą bywa faworyt...
- W drugiej odsłonie spotkania kontuzji doznała Sylwia Wlaźlak. Nie muszę tłumaczyć, jak duża to strata dla naszej drużyny. Postanowiłyśmy dać z siebie wszystko, na co nas stać, aby odnieść wreszcie pierwsze zwycięstwo na wyjeździe. I udało się.
Dlaczego we wcześniejszych meczach wyjazdowych ŁKS ta sztuka się nie udała?
- Do ŁKS przyszły nowe zawodniczki, łącznie ze mną, co wymaga pewnego czasu na odpowiednie zgranie zespołu. Brakuje nam ponadto rasowego, silnego centra, a i szczęście nam nie sprzyjało, nie licząc spotkania z Dudą Leszno, które rozegrałyśmy w bardzo kiepskim stylu. Uważam, że teraz nasz zespół będzie się piąć w górę i zajmie po rundzie zasadniczej, co najmniej ósme miejsce w tabeli. Stać nas na to.
(m. st.) - Express Ilustrowany
