No cóż, niby jest "tylko" 0-2, a teraz rywalizacja przenosi się do Krakowa, ale wobec wyników w Gdyni, a zwłaszcza dzisiejszej postawy wiślaczek, wygranie przez nie trzech kolejnych meczów może być rozpatrywane niemal wyłącznie w kategoriach cudu... Widać było jak na dłoni brak woli walki, rzuty z zupełnie nieprzygotowanych pozycji. Jednym z symboli półfinałowej rywalizacji jest świetny blok Beard na bezmyślnie wbijającej się na kosz Canty w pierwszej kwarcie. Ta pani zaliczyła kolejny beznadziejny występ i jeśli w sobotę znowu wyjdzie w pierwszej piątce, a na ławce zostanie Marta, to już nie wiem co o tym sądzić...

Ktoś wcześniej napisał, że różnicę robią Amerykanki i na pewno jest w tym wiele racji. Candice to nie ta zawodniczka z play off poprzedniego sezonu, chociaż gra mniej z powodu przepisu o dwóch Polkach na parkiecie, poza tym nieraz musi występować na SF (tutaj kłania się znowu rewelacyjny dobór składu przed sezonem, polegający choćby na pozbyciu się dwóch reprezentatek Polski grających na pozycjach 1-2...). Tak czy inaczej nie tłumaczy to jej przeciętnej postawy. Gołym okiem widać, że w porównaniu do zeszłego roku wiele popsuło się w tym zespole. Wskazałbym na brak trzech zawodniczek - grające w ich miejsce są dużo słabsze. Canty nie umywa się do ADF (ta nawet w słabszej formie stanowiła zagrożenie z dystansu, poza tym umiała zmobilizować drużynę), Maksimovic to zupełnie inny typ centra niż KBB, na czym cierpi strefa podkoszowa, no i wreszcie Gburczyk cokolwiek odstaje poziomem od Wielebnej... Jeśli dodać do tego najsłabszy sezon w wykonaniu Skery, to wszystko jest jasne. Może to dobrze, że gdynianki tak boleśnie ograły wiślaczki, bo to wskazuje, że bez sporych zmian przed kolejnym sezonem się nie obejdzie. Tylko oby został sponsor i nie zapomniał znaleźć kompetentnego trenera...