Na temat wczorajszego meczu powiedziano już bardzo wiele, o ile nie wszystko. Jednak jeszcze postaram się dorzucić swoje przemyślenia.

Na pewno rozstrzygnięcie meczu wywołało u mnie - podobnie jak i u wielu kibiców Wisły - sporą konsternację. Jak można przegrać mecz, w którym na 10,5 min przed końcem prowadzi się różnicą 15 pkt? W szeregi wiślaczek wkradło się rozprężenie, kilka niepotrzebnych akcji spowodowało, że potem ciężko było wrócić do normalnej gry. AZS po bardzo kiepskiej trzeciej kwarcie złapał przysłowiowy wiatr w żagle, w czym wielka zasługa Maciejewskiego i grającej kapitalną partie Richards. W tych decydujących momentach była ona wszędzie - kreowała grę, penetrowała, trafiała z dystansu, szła na atakowaną deskę, wyciągając stamtąd kilka bezcennych piłek. Właśnie - o ile się nie mylę - to ona zaliczyła zbiórkę po 24-sekundowej akcji przy stanie 76:79. Ten moment - obok fatalnej straty Ewki we wcześniejszej akcji kluczowy dla losów meczu. Późniejsza "trójka" Żurowskiej była tylko gwoździem do trumny. Jeśli chodzi o poszczególne elementy gry, to wspomniane zbiórki w czwartej kwarcie miały ogromne znaczenie. Gorzowiankom udało się wtedy powstrzymać wysokie wiślaczki, a pod atakowaną tablicą niesamowicie szalały. 17 zbiórek w ataku świadczy o ich bardzo dobrej postawie i nie najlepszym zastawianiu wiślaczek. Na plus można też zaliczyć postawę Vidacic - wydawało się, że gdy grała niejako z musu w drugiej połowie, zwycięstwo Wisła ma podane na tacy. Tymczasem, mimo że jest koszykarskim drewnem, pokazała, że umie walczyć i dołożyła swoją cegiełkę do wygranej. W grze AZS-u było widać jakąś myśl, dobrze poustawiane akcje, wyprowadzanie zawodniczek na pozycje. To nie były przypadkowe zagrania, a dokładnie wypracowane zagrywki. 13/27 za 3 pkt budzi szacunek, nawet biorąc poprawkę na niespecjalną defensywę Wisły.
Cóż, wspominany przez niektórych problem z Polkami w składzie Wisły nie jest wydumany... Na papierze niby to są dobre zawodniczki, ale coś szwankuje. Podobnie było w meczu z Lotosem. Skoro Hernandez wystawia do s5 Gburczyk, ściąga ją po 4 min i potem już nawet na chwilę nie wypuszcza na parkiet, to daje do myślenia... Sytuacja z Wielebnowską również sprawia, że pole manewru zawęża się - 3 min na parkiecie, jeden błąd i ławka. Oczywiście Ania powinna wystrzec się jakichś dziwnych gestów pod adresem trenera, ale ta jej frustracja nie zaskakuje. Nie wiem czy Hernandez zdecyduje się na wystawienie jej na SF - jak tutaj już ktoś wspominał, poradziłaby sobie lepiej niż Doris. Faktem jest, że Wisła spośród zespołów pierwszej czwórki ma najgorzej ułożone Polki na obwodzie. Doris - wiadomo, Skorek póki co nie może się odblokować, a Kułaga - mająca według przedsezonowych prognoz dawać dobre zmiany na PG - nawet będąc w pełni zdrowa nie zagrałaby ani chwili we wczorajszym meczu... Granie dwiema Polkami pod koszem powoduje z kolei, że Burse nie może pokazać pełni swoich możliwości, co było wczoraj aż nadto widoczne. Trochę pograła, schodziła, wchodziła, znowu schodziła. Inna sprawa, że nie miała tego błysku co w meczu z Gospiciem, bo przy lepszej dyspozycji pewnie byłaby dłużej na parkiecie. Izi mogła dostać więcej minut. Co prawda miała kiepską skuteczność, ale czy 11 pkt w ciagu 15 min to kiepski wynik? Jej nieszablonowość w trudnych momentach mogłaby pomóc. Wiadomo bowiem, że Katka nie jest typem "samograja" - trzeba wypracować jej pozycję do rzutu. Patrząc na staty, Liron nie zagrała źle, jednak błędy w obronie i 5 strat każą spojrzeć na jej występ bardziej krytycznie. A już zwłaszcza biorąc pod uwagę co wyczyniała w decydujących chwilach PG z Gorzowa. Marta znowu błysnęła, dając sygnał do natarcia w drugiej kwarcie. Szkoda tylko, że podobnie jak cały zespół nie miała pomysłu na przełamanie marazmu w czwartej kwarcie... Podobnie trzeba żałować, że nie udało się zagrać pod piąty faul Piekarskiej. Wówczas Maciejewski musiałby puścić Dźwigalską (z wystawieniem Chaliburdy raczej by nie ryzykował) i miałby dylemat - czy zamiast szalejącej Richards, czy też odstąpić od niepisanej zasady i zagrać dwiema nominalnymi PG, co mogłoby być utrudnieniem w grze. Poza wszystkimi elementami taktyczno-statystycznymi, ogromnie ważna jest psychika i to ona wczoraj miała wielkie znaczenie. Wiślaczki z pozycji niemal wygranej musiały znowu mentalnie wczuć sie w ten mecz, a gorzowianki były na fali. O tych zupełnie różnych nastawieniach dobitnie świadczy to co zaczęło się dziać ok. 3 min przed końcem, czyli proste straty Wisły, niecelne rzuty i brak wiary w powodzenie. Na drugim biegunie wola walki AZS-u, determinacja w obronie i pomysł na akcje w ataku.
Dwa słowa o sędziach... Nie wypaczyli wyniku, ale sędziowali skandalicznie. W pierszej połowie co najmniej cztery błędy kroków gorzowianek, których arbitrzy nie odgwizdali. Ewidentne trzymanie za szyję Burse przez Piekarską - rozumiem, że jest coś takiego jak walka o pozycję, ale wszystko ma swoje granice... Prawdziwym majstersztykiem był odgwizdany w złą stronę aut po rzucie Cohen i ewidentnym doknięciu piłki przez jedną z zawodniczek AZS-u. Jeśli można dostrzec to z trybun, z ok. 20 metrów od zdarzenia, to czym zajmują się sędziowie??

Było jeszcze wiele innych pomyłek. A ilość fauli nie dziwi, biorąc pod uwagę agresywną obronę gorzowianek (zresztą w pewnym momencie pod tym względem było już 15-3).
Sytuacja w tabeli sprawia, że mecz w Polkowicach będzie dla wiślaczek o "być albo nie być" w kwestii trzeciego miejsca przed play off. Jasne, zostanie jeszcze 11 kolejek, ale porażka w dużym stopniu skazałaby na czwarte miejsce... Przed sezonem w najgorszych snach nie przypuszczałem, że w meczach u siebie z CCC, Lotosem i Gorzowem będzie bilans 0-3.

O pierwszym czy drugim miejscu trzeba już będzie zapomnieć - Lotos nie notuje głupich wpadek, AZS-owi "w końcu" (pisząc tak mam na myśli wymęczone wygrane u siebie z Brzegiem i Rybnikiem) może przydarzyć się taka porażka. Jednak nie sądzę, aby więcej niż jedna. Tak czy inaczej, mam jakieś przeczucie, że Wisła zmobilizuje się na wyjazdy w drugiej rundzie i wygra co najmniej jedną z trzech potyczek ze wspomnianymi ekipami. Jak dowodzi historia, łatwiej zmobilizować się na mecz wyjazdowy niż grany u siebie.