Postautor: Siero » 05 marca 2007, 15:13
Jak idzie dobrze, to muszę coś zepsuć, wymędrkować. Teraz mam znów pod górkę. Przykro mi, bo trenowałam ostro, nie zgodziłam się na to, żeby po igrzyskach olimpijskich odpuścić ten sezon - powiedziała w "Rzeczpospolitej" Justyna Kowalczyk, która startu w Sapporo nie zaliczy do udanych.
- Wszystko szło znakomicie, aż do Sapporo. A byłam w takiej dobrej formie. Czułam się mocna jak nigdy - dodała najlepsza polska biegaczka narciarska.
W swoim ostatnim starcie w biegu na 30 km techniką klasyczną Kowalczyk zeszła z trasy. - Dobiegłam do tego miejsca, gdzie stał Aleksander Wierietielny, on zobaczył co się ze mną dzieje i dał znak, że wystarczy. Na 10 kilometrze już byłam pewna, że z chorobą nie wygram. Wszystko spłynęło mi do gardła, nie miałam jak oddychać, a nie chciałam przybiec w piątej dziesiątce. Smarowanie też mogłoby być lepsze, ale tym razem problemem byłam raczej ja niż narty. Nie ma cudów, to jest tak wymagający dystans, że dla chorych nie ma w nim miejsca. Potem najgorsze było patrzenie jak dziewczyny dobiegają na metę - tłumaczyła Kowalczyk.