Co słychać w Wiśle?
Moderatorzy: ann, rzymi, paulo2907, przemoe, Kuba
Re: Co słychać w Wiśle?
Mam nieodparte wrażenie, że Halcon Avenida i Salamanca to ten sam klub.
Ale może się mylę - w końcu to Matrix jest wybitnym ekspertem koszykówki, zwłaszcza tej zachodnioeuropejskiej, co w wątku o Wiśle udowadnia już niezbicie trzeci dzień.

Kilka słów o wyniku męskiej kadry na Eurobaskecie:
https://nowe-refleksje.blogspot.com/202 ... y.html?m=0
https://nowe-refleksje.blogspot.com/202 ... y.html?m=0
Re: Co słychać w Wiśle?
paulo2907 pisze:Mam nieodparte wrażenie, że Halcon Avenida i Salamanca to ten sam klub.Ale może się mylę - w końcu to Matrix jest wybitnym ekspertem koszykówki, zwłaszcza tej zachodnioeuropejskiej, co w wątku o Wiśle udowadnia już niezbicie trzeci dzień.
![]()
masz dobre wrażenie....,a czy nieodparte to nie wiem...
kolego...nawet znawcy(ja się za takiego nie uważam) popełniają błędy-vide Ryszard Łabędź na ostatnich ME... Tobie zaś życzę samych nieodpartych bezbłędnych wpisów!!!
Re: Co słychać w Wiśle?
matrix pisze:paulo2907 pisze:Mam nieodparte wrażenie, że Halcon Avenida i Salamanca to ten sam klub.Ale może się mylę - w końcu to Matrix jest wybitnym ekspertem koszykówki, zwłaszcza tej zachodnioeuropejskiej, co w wątku o Wiśle udowadnia już niezbicie trzeci dzień.
![]()
masz dobre wrażenie....,a czy nieodparte to nie wiem...![]()
![]()
![]()
kolego...nawet znawcy(ja się za takiego nie uważam) popełniają błędy-vide Ryszard Łabędź na ostatnich ME... Tobie zaś życzę samych nieodpartych bezbłędnych wpisów!!!
Wszystko fajnie, tylko że jeśli chodzi o tą wyliczankę - nie wspominając o innych mądrościach (choćby tej trzeciej drużynie klubowej jedenastej ligi w Europie czy analogiach do piłki ręcznej) - próbowałeś wykreować się na takiego znawcę jak nie wiem co... Chyba wakacje masz kolego, więc za dużo wolnego czasu...
Kilka słów o wyniku męskiej kadry na Eurobaskecie:
https://nowe-refleksje.blogspot.com/202 ... y.html?m=0
https://nowe-refleksje.blogspot.com/202 ... y.html?m=0
- Paul_Banks
- Nowy na forum
- Posty: 88
- Rejestracja: 11 lutego 2009, 11:58
- Lokalizacja: Landsberg an der Warthe
Re: Co słychać w Wiśle?
hellraiser pisze:matrix pisze:Greebo pisze:Nie rozumiesz prostego pytania? Wymień kluby z nazwy... KLUBY.
już sie robi mój drogi...UMMC Jekaterinburg,Ros Cesares Valencja,Bourges Basket,Salamanca,Spartak,Fenerbahce,Gambrinus,Halcon Avenida,CSKA Moskwa,Umana Reyer Venezia,Sopron.....
nie krępujmy się -cała Euroliga + AZS Gorzów.
Od Wisły lepsze są:
część nierosyjska-Walencja
część rosyjska- UMMC ,Spartak (CSKA to niewiadoma)
I to wszystko. Reszta to wyrównane drużyny.
greebo-popraw literówkę w ostatnim zdaniu Venezia a nie Walencja
A o co Ci chodzi ?
Napisz Toruń a nie będę miał pretensji :O bo odpisujesz myślicielowi z Torunia jak mnie wzrok nie myli, także od gorzowa się od ten teges
Re: Co słychać w Wiśle?
paulo2907 pisze:matrix pisze:paulo2907 pisze:Mam nieodparte wrażenie, że Halcon Avenida i Salamanca to ten sam klub.Ale może się mylę - w końcu to Matrix jest wybitnym ekspertem koszykówki, zwłaszcza tej zachodnioeuropejskiej, co w wątku o Wiśle udowadnia już niezbicie trzeci dzień.
![]()
masz dobre wrażenie....,a czy nieodparte to nie wiem...![]()
![]()
![]()
kolego...nawet znawcy(ja się za takiego nie uważam) popełniają błędy-vide Ryszard Łabędź na ostatnich ME... Tobie zaś życzę samych nieodpartych bezbłędnych wpisów!!!
Wszystko fajnie, tylko że jeśli chodzi o tą wyliczankę - nie wspominając o innych mądrościach (choćby tej trzeciej drużynie klubowej jedenastej ligi w Europie czy analogiach do piłki ręcznej) - próbowałeś wykreować się na takiego znawcę jak nie wiem co... Chyba wakacje masz kolego, więc za dużo wolnego czasu...![]()
nieodparcie zaręczam,że na koszykówce kobiecej zupełnie się nie znam...Zadawala Cię to?,bo mnie tak....
PS. A jeśli chodzi o wyliczankę to są poprostu fakty 3x11=33...
a tak prywatnie ty jesteś znawcą? czy naczelnym "docinaczem" tego forum?
Re: Co słychać w Wiśle?
matrix pisze:nieodparcie zaręczam,że na koszykówce kobiecej zupełnie się nie znam...Zadawala Cię to?,bo mnie tak....
PS. A jeśli chodzi o wyliczankę to są poprostu fakty 3x11=33...
Czyli jak rozumiem z Twojej matematyki i przedstawionego równania wynika, że trzecia drużyna ligi greckiej jest lepsza od Wisły???
I nie zapomnij jeszcze poinformować np. kibiców Sopronu, że ich drużyna jest słabsza od mistrza Grecji. Co z tego, że byli na 4 miejscu Euroligi. Twoje równanie mówi zupełnie co innego. Nic tylko ubiegaj się o Nobla, tylko nie wiem w jakiej dziedzinie. Ostatnio pisząc w tym temacie błyszczysz i w medycynie i w matematyce, więc chyba musisz coś wybrać bo w obu raczej nie dostaniesz
"Jeśli człowiek nie odkrył czegoś, za co gotów jest umrzeć, nie jest godzien, by żyć."
https://bartolino78.wordpress.com
https://bartolino78.wordpress.com
Re: Co słychać w Wiśle?
teraz to mozecie sie już nie bać,ale w poprzednim sezonie mając w swoich szeregach gwiazdę nad gwiazdy(wiarą we własne umiejetności i szacunkiem do rywalek przebijała wszystkich) nie było już tak pewnie. Razem z duo WDZ i agent DR 007 była raczej przyczyną destrukcji w zespole Wisły....
PS. dlaczego Jej teraz nie ma? przecież to była gwiazda i jak gwiazda miała chyba płacone pieniążki...ja juz nie mam wakacji tylko lichą emeryturę!!!
PS. dlaczego Jej teraz nie ma? przecież to była gwiazda i jak gwiazda miała chyba płacone pieniążki...ja juz nie mam wakacji tylko lichą emeryturę!!!
Re: Co słychać w Wiśle?
proszę Cie, nie udzielaj się już w tym temacie. nie pisz postów, które nic nie wnoszą do dyskusji( a takie są wszystkie napisane przez Ciebie w tym temacie), bo z każdym kolejnym kompromitujesz się coraz bardziej.
i na przyszłość odpuść sobie tekst, że jak mi się coś nie podoba to mogę wykasować, bo ja tu rządzę.
myślę, że prosząc Cię o zaprzestanie udzielania się w każdym możliwym temacie wyrażam nie tylko swoją opinię, ale sporej części tego forum.
dziękuję za uwage.
i na przyszłość odpuść sobie tekst, że jak mi się coś nie podoba to mogę wykasować, bo ja tu rządzę.
myślę, że prosząc Cię o zaprzestanie udzielania się w każdym możliwym temacie wyrażam nie tylko swoją opinię, ale sporej części tego forum.
dziękuję za uwage.
Jeśli ktoś w Krakowie zapyta się za 20 lat: kim była DeForge? Odpowiedź będzie tylko jedna: wielką zawodniczką!
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
Re: Co słychać w Wiśle?
ann pisze:proszę Cie, nie udzielaj się już w tym temacie. nie pisz postów, które nic nie wnoszą do dyskusji( a takie są wszystkie napisane przez Ciebie w tym temacie), bo z każdym kolejnym kompromitujesz się coraz bardziej.
i na przyszłość odpuść sobie tekst, że jak mi się coś nie podoba to mogę wykasować, bo ja tu rządzę.
myślę, że prosząc Cię o zaprzestanie udzielania się w każdym możliwym temacie wyrażam nie tylko swoją opinię, ale sporej części tego forum.
dziękuję za uwage.
dziwne,że nie piszesz takich opinii odnośnie swoich kolegów z Krakowa.....
no cóż obiektywizm to rzecz ludzka...
Re: Co słychać w Wiśle?
matrix pisze:ann pisze:proszę Cie, nie udzielaj się już w tym temacie. nie pisz postów, które nic nie wnoszą do dyskusji( a takie są wszystkie napisane przez Ciebie w tym temacie), bo z każdym kolejnym kompromitujesz się coraz bardziej.
i na przyszłość odpuść sobie tekst, że jak mi się coś nie podoba to mogę wykasować, bo ja tu rządzę.
myślę, że prosząc Cię o zaprzestanie udzielania się w każdym możliwym temacie wyrażam nie tylko swoją opinię, ale sporej części tego forum.
dziękuję za uwage.
dziwne,że nie piszesz takich opinii odnośnie swoich kolegów z Krakowa.....
no cóż obiektywizm to rzecz ludzka...
Hłe, Hłe... Widzisz, Droga Ann, jak nie w te, to wewte
Wisła, wracając do tematu, to rzeczywiście "zachodnioeuropejska" silna ekipa, a ten sezon nie ma tu nic do rzeczy. Mamy wszyscy nadzieję, że w końcu dzięki nowemu trenerowi w tym sezonie potwierdzi swoją siłę być może awansem do Top8, na co bez wątpienia zasługuje.
PS: A obiektywizm nie należy to iście "rzeczy ludzkich"... Raczej na odwrót
PLKK: Where amazing happens... With beauty!!!
Re: Co słychać w Wiśle?
Nie mogę się doczekać sezonu
Agnieszka Kułaga swoją karierę koszykarską rozpoczynała w Pałacu Młodzieży ze średnią ponad 31 punktów na mecz. Według oceny trenerów, dziennikarzy i kibiców była najlepszą zawodniczką drugiej ligi południowej. Następnie zaufała trenerowi Freeman -owi i przeniosła się do USA, grając tam w barwach akademickiej drużyny (NCAA) Valparaiso Crusaders. Parę dni temu Agnieszka podpisała kontrakt z zespołem Wisły Can-Pack Kraków. Zapraszam na wywiad z talentem tarnowskiej koszykówki w wydaniu kobiecym Agnieszką Kułagą, o której na pewno jeszcze nie raz usłyszymy o jej poczynaniach na parkietach PLKK.
Łukasz Siadek; - Agnieszko występowałaś w drużynie PM Tarnów. W tym zespole byłaś liderką z bardzo wysoką średnią punktową na mecz. Co Cię skłoniło do tego aby wyjechać do Stanów Zjednoczonych?
Agnieszka Kułaga; - W Pałacu występowałam przez większość swojej młodzieżowej kariery i bardzo dobrze ten okres wspominam. Jednak w pewnym momencie musiałam podjąć decyzję o wyjeździe, żeby dać sobie szansę dalszego rozwoju. Wybór padł na Stany ponieważ pojawiła się ciekawa propozycja z pierwszej dywizji NCAA. Trenera Freemana miałam możliwość poznać przez kilka dni jego pobytu w Polsce i zdałam sobie sprawę, że jest świetnym szkoleniowcem i warto mu zaufać. Nie pomyliłam się co do swojego wyboru.
Ł.S; - Czy nie odnosisz czasem wrażenia, że chcąc zaistnieć w Polskiej Lidze Koszykówki Kobiet, występy w akademickiej lidze NCAA były dla Ciebie przystankiem do kariery sportowej?
A.K; - Oczywiście, że tak było. Mając 18 lat trudno jest od razu zaistnieć w profesjonalnej koszykówce, a gra w NCAA daje świetną szansę rozwoju. Ogromny nacisk na treningach kładziony jest na wyszkolenie indywidualne zawodnika. I dlatego myślę, że jest to mądry wybór dla młodych zawodników.
Ł.S; - Jak już wcześniej wspomniałem grałaś za oceanem. Czym się różni koszykówka Europejska od Amerykańskiej?
A.K; - Różnic jest bardzo wiele, począwszy od podejścia do treningów skończywszy na świetnej organizacji widowisk sportowych w Stanach. Pierwszy rok był dlatego dla mnie poniekąd szokiem, gdyż wszystko było nowe. Na mecze przychodziło po kilka tysięcy osób, w porównaniu z może kilkuset widzami w Polsce. Ponadto obciążenia treningowe były kilkakrotnie wyższe niż wysiłek, do którego byłam przyzwyczajona w Polsce. W Stanach duży nacisk kładziony jest na przygotowanie fizyczne, w tym siłowe i to również musiałam nadrobić. Ponadto myślę, że warunki w których trenowałyśmy diametralnie różniły się od typowego polskiego zaplecza sportowego. Sam fakt, że na naszej hali miałyśmy trzy sale do dyspozycji było dla mnie szokiem. Jest to wszystko robione aby dać atletom najlepsze warunki do treningu, a co za tym idzie rozwoju, i myślę, że przynosi to w Ameryce pożądane efekty.
Ł.S; - Każdy kibic koszykówki w Tarnowie już zapewne wie o tym, ze parę dni temu podpisałaś kontrakt z zespołem Wisły Can- Pack Kraków. Czy były inne propozycje klubów starające się pozyskać Ciebie do swoich ekip?
A.K; - Było kilka ciekawych ofert z Polski i zagranicy, ale bardzo cieszę się z tego gdzie podpisałam kontrakt. Nie mogę doczekać się rozpoczęcia sezonu w Krakowie.
Ł.S; - Agnieszko, obserwując koszykówkę w wydaniu lokalnym mężczyzn można odnieść wrażenie bardzo smutne,że wychowankowie Unii podpisując kontrakty z innymi klubami niż Unia znikają w środowisku koszykarskim. Czy nie masz obaw, że pomimo Twojego talentu, spotka Cię ten sam przypadek?
A.K; - Szczerze mówiąc przez kilka ostatnich lat nie śledziłam co się dzieje z męską koszykówką w Tarnowie. Przypuszczam, że zawodnicy
wyjeżdżają bo nie widzą szans na rozwój w naszym mieście. Przykro o tym słyszeć, szczególnie, że Tarnów miał kiedyś męską koszykówkę na poziomie ekstraklasy. I był to sport przyciągający na halę sporą ilość kibiców. Jestem pewna, że jeżeli tylko zawodnicy będą mieli gdzie grać to wrócą do Tarnowa, bo zawsze najfajniej jest grać w rodzinnym mieście. Co do koszykówki żeńskiej, niestety w Tarnowie nigdy nie było zespołu na poziomie ekstraklasy dlatego też nie ma możliwości, żeby tutaj wrócić.
Ł.S; - Jesteś już zawodniczką krakowskiego klubu, ale gdzieś w Twojej świadomości nie pojawia się taka myśl,że krakowianie dołożyli cegiełkę doupadku tarnowskiego basketu?
A.K; - Nie wiem dokładnie jak to było z męską koszykówką po fuzji Unii I Wisły. Osobiście wierzę, że jeżeli ludziom w mieście zależałoby na męskim baskecie to dalej cieszylibyśmy się z oglądania Unii w PLK. Nie można chyba winić innego klubu za to co się obecnie dzieje z tarnowską koszykówką, tylko raczej spojrzeć na nasze własne miasto i co było zrobione w celu utrzymania drużyny w ekstraklasie.
Ł.S; - Agnieszko czy możesz naszym czytelnikom uchylić rąbka tajemnicy z jakim numerem na koszulce wystąpisz w Can - Pack- u?
A.K; - Jest to chyba ostatnia rzecz nad którą teraz się zastanawiałam Myślę, że pozostanę przy 4, gdyż mój ulubiony numer (11) jest zajęty przez grającą już wcześniej zawodniczkę.
Ł.S; - Agnieszko za niecały rok przypuszczalnie przywieziesz złoty medal mistrzostw Polski do Tarnowa, bo wszystko na to wskazuje ze Twój nowy klub poczynił bardzo duży krok w tym kierunku?
A.K; - Bardzo odważne stwierdzenie. Jeszcze nie zaczęłyśmy przygotowań, ale jestem jak najbardziej dobrej myśli i uważam, że będziemy mieć silną ekipę. Ja osobiście zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby z drużyną odzyskać mistrzostwo dla Krakowa.
Ł.S; - Dziękujęi za poświęcenie czasu, którego i tak masz bardzo mało.
A.K; - Ja również dziękuję.
http://www.timi.pl
Agnieszka Kułaga swoją karierę koszykarską rozpoczynała w Pałacu Młodzieży ze średnią ponad 31 punktów na mecz. Według oceny trenerów, dziennikarzy i kibiców była najlepszą zawodniczką drugiej ligi południowej. Następnie zaufała trenerowi Freeman -owi i przeniosła się do USA, grając tam w barwach akademickiej drużyny (NCAA) Valparaiso Crusaders. Parę dni temu Agnieszka podpisała kontrakt z zespołem Wisły Can-Pack Kraków. Zapraszam na wywiad z talentem tarnowskiej koszykówki w wydaniu kobiecym Agnieszką Kułagą, o której na pewno jeszcze nie raz usłyszymy o jej poczynaniach na parkietach PLKK.
Łukasz Siadek; - Agnieszko występowałaś w drużynie PM Tarnów. W tym zespole byłaś liderką z bardzo wysoką średnią punktową na mecz. Co Cię skłoniło do tego aby wyjechać do Stanów Zjednoczonych?
Agnieszka Kułaga; - W Pałacu występowałam przez większość swojej młodzieżowej kariery i bardzo dobrze ten okres wspominam. Jednak w pewnym momencie musiałam podjąć decyzję o wyjeździe, żeby dać sobie szansę dalszego rozwoju. Wybór padł na Stany ponieważ pojawiła się ciekawa propozycja z pierwszej dywizji NCAA. Trenera Freemana miałam możliwość poznać przez kilka dni jego pobytu w Polsce i zdałam sobie sprawę, że jest świetnym szkoleniowcem i warto mu zaufać. Nie pomyliłam się co do swojego wyboru.
Ł.S; - Czy nie odnosisz czasem wrażenia, że chcąc zaistnieć w Polskiej Lidze Koszykówki Kobiet, występy w akademickiej lidze NCAA były dla Ciebie przystankiem do kariery sportowej?
A.K; - Oczywiście, że tak było. Mając 18 lat trudno jest od razu zaistnieć w profesjonalnej koszykówce, a gra w NCAA daje świetną szansę rozwoju. Ogromny nacisk na treningach kładziony jest na wyszkolenie indywidualne zawodnika. I dlatego myślę, że jest to mądry wybór dla młodych zawodników.
Ł.S; - Jak już wcześniej wspomniałem grałaś za oceanem. Czym się różni koszykówka Europejska od Amerykańskiej?
A.K; - Różnic jest bardzo wiele, począwszy od podejścia do treningów skończywszy na świetnej organizacji widowisk sportowych w Stanach. Pierwszy rok był dlatego dla mnie poniekąd szokiem, gdyż wszystko było nowe. Na mecze przychodziło po kilka tysięcy osób, w porównaniu z może kilkuset widzami w Polsce. Ponadto obciążenia treningowe były kilkakrotnie wyższe niż wysiłek, do którego byłam przyzwyczajona w Polsce. W Stanach duży nacisk kładziony jest na przygotowanie fizyczne, w tym siłowe i to również musiałam nadrobić. Ponadto myślę, że warunki w których trenowałyśmy diametralnie różniły się od typowego polskiego zaplecza sportowego. Sam fakt, że na naszej hali miałyśmy trzy sale do dyspozycji było dla mnie szokiem. Jest to wszystko robione aby dać atletom najlepsze warunki do treningu, a co za tym idzie rozwoju, i myślę, że przynosi to w Ameryce pożądane efekty.
Ł.S; - Każdy kibic koszykówki w Tarnowie już zapewne wie o tym, ze parę dni temu podpisałaś kontrakt z zespołem Wisły Can- Pack Kraków. Czy były inne propozycje klubów starające się pozyskać Ciebie do swoich ekip?
A.K; - Było kilka ciekawych ofert z Polski i zagranicy, ale bardzo cieszę się z tego gdzie podpisałam kontrakt. Nie mogę doczekać się rozpoczęcia sezonu w Krakowie.
Ł.S; - Agnieszko, obserwując koszykówkę w wydaniu lokalnym mężczyzn można odnieść wrażenie bardzo smutne,że wychowankowie Unii podpisując kontrakty z innymi klubami niż Unia znikają w środowisku koszykarskim. Czy nie masz obaw, że pomimo Twojego talentu, spotka Cię ten sam przypadek?
A.K; - Szczerze mówiąc przez kilka ostatnich lat nie śledziłam co się dzieje z męską koszykówką w Tarnowie. Przypuszczam, że zawodnicy
wyjeżdżają bo nie widzą szans na rozwój w naszym mieście. Przykro o tym słyszeć, szczególnie, że Tarnów miał kiedyś męską koszykówkę na poziomie ekstraklasy. I był to sport przyciągający na halę sporą ilość kibiców. Jestem pewna, że jeżeli tylko zawodnicy będą mieli gdzie grać to wrócą do Tarnowa, bo zawsze najfajniej jest grać w rodzinnym mieście. Co do koszykówki żeńskiej, niestety w Tarnowie nigdy nie było zespołu na poziomie ekstraklasy dlatego też nie ma możliwości, żeby tutaj wrócić.
Ł.S; - Jesteś już zawodniczką krakowskiego klubu, ale gdzieś w Twojej świadomości nie pojawia się taka myśl,że krakowianie dołożyli cegiełkę doupadku tarnowskiego basketu?
A.K; - Nie wiem dokładnie jak to było z męską koszykówką po fuzji Unii I Wisły. Osobiście wierzę, że jeżeli ludziom w mieście zależałoby na męskim baskecie to dalej cieszylibyśmy się z oglądania Unii w PLK. Nie można chyba winić innego klubu za to co się obecnie dzieje z tarnowską koszykówką, tylko raczej spojrzeć na nasze własne miasto i co było zrobione w celu utrzymania drużyny w ekstraklasie.
Ł.S; - Agnieszko czy możesz naszym czytelnikom uchylić rąbka tajemnicy z jakim numerem na koszulce wystąpisz w Can - Pack- u?
A.K; - Jest to chyba ostatnia rzecz nad którą teraz się zastanawiałam Myślę, że pozostanę przy 4, gdyż mój ulubiony numer (11) jest zajęty przez grającą już wcześniej zawodniczkę.
Ł.S; - Agnieszko za niecały rok przypuszczalnie przywieziesz złoty medal mistrzostw Polski do Tarnowa, bo wszystko na to wskazuje ze Twój nowy klub poczynił bardzo duży krok w tym kierunku?
A.K; - Bardzo odważne stwierdzenie. Jeszcze nie zaczęłyśmy przygotowań, ale jestem jak najbardziej dobrej myśli i uważam, że będziemy mieć silną ekipę. Ja osobiście zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby z drużyną odzyskać mistrzostwo dla Krakowa.
Ł.S; - Dziękujęi za poświęcenie czasu, którego i tak masz bardzo mało.
A.K; - Ja również dziękuję.
http://www.timi.pl
Jeśli ktoś w Krakowie zapyta się za 20 lat: kim była DeForge? Odpowiedź będzie tylko jedna: wielką zawodniczką!
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
Re: Co słychać w Wiśle?
Jerzy Sarna: Budżet Wisły mniejszy o kilka procent
Rozmawiał Andrzej Klemba
- Liczę, że szefowie klubu wyciągną wnioski i już nie popełnią błędów z poprzedniego sezonu, a Wisła wróci na należne jej miejsce - mówi przedstawiciel tytularnego sponsora koszykarek
Rozmowa z Jerzym Sarną wiceprezesem firmy Can-Pack
Do wczoraj federacje krajowe mogły zgłaszać drużyny do europejskich pucharów. Losowanie zaplanowano na 21 lipca. Jeszcze w tym tygodniu powinno okazać się, czy Wisła Can-Pack dostanie tzw. dziką kartę na występ w Eurolidze. W lidze krakowianki zajęły dopiero trzecie miejsce, a Polska ma prawo wystawić do tych rozgrywek dwie drużyny. Dlatego muszą liczyć na życzliwości FIBA Europe.
Tymczasem zanim dojdzie do losowania, powinno dojść do przedłużenia umowy Wisły ze sponsorem, firmą Can-Pack. Producent metalowych opakowań dostał wczoraj (w kategorii najwyższy wkład finansowy w kulturę fizyczną) honorową nagrodę "Przyjaciel Sportu", przyznawaną przez kapitułę powołaną przez prezydenta Krakowa.
Andrzej Klemba: Przyznanie nagrody "Przyjaciel sportu" to nie tylko docenienie zasług firmy, ale też oczekiwanie, że w potrzebie Can-Pack Wisły nie zostawi...
Jerzy Sarna: Cieszymy się, że nasze kilkuletnie wspieranie koszykówki zostało zauważone. Nie traktujemy tej nagrody w kategoriach czegoś w rodzaju szantażu. Jesteśmy w trakcie negocjowania warunków umowy na następny sezon i w połowie lipca powinniśmy być gotowi na jej przedłużenie. Tak naprawdę to już poczyniono realne kroki w tym kierunku, bo klub zawarł kontrakty z nowymi zawodniczkami i zatrudnił trenera. Trzymają nas jednak procedury, do których musi dojść wewnątrz firmy.
Dopiero trzecie miejsce w lidze to dla sponsora było rozczarowanie?
- Oczywiście, że tak. Wiadomo, że zależy nam na sukcesach. Brązowy medal klęską może nie był, tym bardziej że w sporcie nie da się zadekretować tytułu. Mamy jednak świadomość, że w prowadzeniu zespołu popełniono błędy. A do tego doszły nadzwyczajne okoliczności, czyli kontuzje podstawowych zawodniczek. Wierzę, że właściwe wnioski zostaną wyciągnięte i Wisła wróci na należne miejsce. Pierwszym krokiem było lepsze zbilansowanie drużyny na poszczególnych pozycjach i zatrudnienie szkoleniowca, który powinien tchnąć nowego ducha i pokazać, jak można lepiej prowadzić drużynę.
Wciąż nie wiadomo, czy zespół zagra w Pucharze FIBA, czy w bardziej prestiżowej Eurolidze. A firmie Can-Pack przede wszystkim zależy na promocji za granicą...
- Oczywiście bardziej chcielibyśmy, by zespół grał w Eurolidze. Szanse są podobno spore. Gdyby jednak zdarzyło się, że będzie to Puchar FIBA, to będziemy liczyć na widoczny sukces. Zresztą wygranie tych rozgrywek daje prawo startu w Eurolidze w następnym sezonie.
Budżet jest zależny od tego, w którym pucharze zagracie?
- Tak, ale bardzo nieznacznie. Puchar FIBA jest po prostu tańszy ze względu na bliższe wyjazdy, gdyż przy doborze grup brana pod uwagę jest regionalizacja. Mam wciąż nadzieję, że będziemy musieli wydać więcej i polecieć do Moskwy czy też Jekaterynburga.
Recesja sprawiła, że Can-Pack mniej wpłaci do kasy klubu?
- Tak, ale zaledwie o kilka procent. Kryzys wymusza w każdej firmie oszczędności. Tak też było z Can-Packiem. Staramy się, by Wisła była na podobnym poziomie jak rok temu. Olbrzymie znaczenie mają wahania kursów walut. W zeszłym sezonie euro zbliżało się nawet do pięciu złotych. Różnice kursowe uderzyły w nas w sposób bardzo istotny.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Rozmawiał Andrzej Klemba
- Liczę, że szefowie klubu wyciągną wnioski i już nie popełnią błędów z poprzedniego sezonu, a Wisła wróci na należne jej miejsce - mówi przedstawiciel tytularnego sponsora koszykarek
Rozmowa z Jerzym Sarną wiceprezesem firmy Can-Pack
Do wczoraj federacje krajowe mogły zgłaszać drużyny do europejskich pucharów. Losowanie zaplanowano na 21 lipca. Jeszcze w tym tygodniu powinno okazać się, czy Wisła Can-Pack dostanie tzw. dziką kartę na występ w Eurolidze. W lidze krakowianki zajęły dopiero trzecie miejsce, a Polska ma prawo wystawić do tych rozgrywek dwie drużyny. Dlatego muszą liczyć na życzliwości FIBA Europe.
Tymczasem zanim dojdzie do losowania, powinno dojść do przedłużenia umowy Wisły ze sponsorem, firmą Can-Pack. Producent metalowych opakowań dostał wczoraj (w kategorii najwyższy wkład finansowy w kulturę fizyczną) honorową nagrodę "Przyjaciel Sportu", przyznawaną przez kapitułę powołaną przez prezydenta Krakowa.
Andrzej Klemba: Przyznanie nagrody "Przyjaciel sportu" to nie tylko docenienie zasług firmy, ale też oczekiwanie, że w potrzebie Can-Pack Wisły nie zostawi...
Jerzy Sarna: Cieszymy się, że nasze kilkuletnie wspieranie koszykówki zostało zauważone. Nie traktujemy tej nagrody w kategoriach czegoś w rodzaju szantażu. Jesteśmy w trakcie negocjowania warunków umowy na następny sezon i w połowie lipca powinniśmy być gotowi na jej przedłużenie. Tak naprawdę to już poczyniono realne kroki w tym kierunku, bo klub zawarł kontrakty z nowymi zawodniczkami i zatrudnił trenera. Trzymają nas jednak procedury, do których musi dojść wewnątrz firmy.
Dopiero trzecie miejsce w lidze to dla sponsora było rozczarowanie?
- Oczywiście, że tak. Wiadomo, że zależy nam na sukcesach. Brązowy medal klęską może nie był, tym bardziej że w sporcie nie da się zadekretować tytułu. Mamy jednak świadomość, że w prowadzeniu zespołu popełniono błędy. A do tego doszły nadzwyczajne okoliczności, czyli kontuzje podstawowych zawodniczek. Wierzę, że właściwe wnioski zostaną wyciągnięte i Wisła wróci na należne miejsce. Pierwszym krokiem było lepsze zbilansowanie drużyny na poszczególnych pozycjach i zatrudnienie szkoleniowca, który powinien tchnąć nowego ducha i pokazać, jak można lepiej prowadzić drużynę.
Wciąż nie wiadomo, czy zespół zagra w Pucharze FIBA, czy w bardziej prestiżowej Eurolidze. A firmie Can-Pack przede wszystkim zależy na promocji za granicą...
- Oczywiście bardziej chcielibyśmy, by zespół grał w Eurolidze. Szanse są podobno spore. Gdyby jednak zdarzyło się, że będzie to Puchar FIBA, to będziemy liczyć na widoczny sukces. Zresztą wygranie tych rozgrywek daje prawo startu w Eurolidze w następnym sezonie.
Budżet jest zależny od tego, w którym pucharze zagracie?
- Tak, ale bardzo nieznacznie. Puchar FIBA jest po prostu tańszy ze względu na bliższe wyjazdy, gdyż przy doborze grup brana pod uwagę jest regionalizacja. Mam wciąż nadzieję, że będziemy musieli wydać więcej i polecieć do Moskwy czy też Jekaterynburga.
Recesja sprawiła, że Can-Pack mniej wpłaci do kasy klubu?
- Tak, ale zaledwie o kilka procent. Kryzys wymusza w każdej firmie oszczędności. Tak też było z Can-Packiem. Staramy się, by Wisła była na podobnym poziomie jak rok temu. Olbrzymie znaczenie mają wahania kursów walut. W zeszłym sezonie euro zbliżało się nawet do pięciu złotych. Różnice kursowe uderzyły w nas w sposób bardzo istotny.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
"Powiem Ci, to zapomnisz. Pokażę- zapamiętasz. Zainteresuję cię- wtedy zrozumiesz."
Re: Co słychać w Wiśle?
Dorota Gburczyk: Jak najdalej od koszykówki
Z Dorotą Gburczyk, kapitanem zespołu koszykarek Wisły Can-Pack, rozmawia Wojciech Batko.
Jak Pani Kapitan spędza tegoroczny urlop?
W żaden oryginalny sposób. Tak się złożyło, że nie planowałam wyjazdu. Jestem więc w domu, ale się nie nudzę i staram się być bardzo czynna.
W czym się to przejawia?
Po prostu trenuję sobie indywidualnie, ale staram się być jak najdalej od koszykówki... Żeby mi nie zbrzydła! Aplikuję więc sobie zajęcia z lekkiej atletyki, jeżdżę na rowerze, chodzę na siłownię. Naturalnie nie są to jakieś duże obciążenia, ale wystarczające do podtrzymania organizmu w tzw. gotowości startowej.
Rozumiem, że kieruje Panią również chęć jak najlepszego zaprezentowania się nowemu trenerowi?
Indywidualna praca nad sobą nie jest czymś niezwykłym. Tak robią chyba wszyscy sportowcy. A odnośnie trenera, to bliżej go nie znamy.Jednakże kiedy popatrzy się na wyniki, jakie osiągnął z zespołem Salamanki, to budzą one szacunek. Ja z kolei, skoro przedłużyłam z Wisłą kontrakt na kolejny rok, pragnę być przydatna zespołowi, mam też swoje sportowe ambicje. Choćby osiągnięcie z Wisłą lepszych wyników niż w ostatnim sezonie.
Skoro wspomnieliśmy miniony sezon, to jak go można określić; czy była to porażka, czy może - jakby chcieli niektórzy - wręcz klęska?
Sądziłam, że już o tym wszystkim zapomniałam... Skoro jednak zostałam wywołana do tablicy, to nie używałabym ani słowa porażka, ani słowa klęska. Najbardziej pasuje mi, że był to sezon pełen owszem nieoczekiwanych, ale potrzebnych głębokich doświadczeń. Czasami trzeba zostać oblanym kubłem lodowatej wody, żeby przewartościować myślenie czy styl pracy i zacząć budować fundamenty pod kolejne sukcesy. Po prostu ostatni sezon pokazał, że największą wartością jest zespół, kolektyw. Jeśli to będzie nasz fundament, wrócimy na właściwe tory.
Czy zmiany personalne, jakie zaszły w drużynie, idą w tym kierunku?
Mam taką nadzieję... Generalnie jednak, przynajmniej na razie, wszystko zdaje się podążać właśnie taką drogą. Gdzie skład opierać się będzie nie na gwiazdach, ale na bardzo dobrych, wszechstronnych i solidnych koszykarkach. Oczywiście, nie wszystko zależy tylko od nas. Najwięcej jednak od wodza, czyli trenera. Zobaczymy, jak on to sobie poukłada. Wspomniany przeze mnie przykład Salamanki napawa optymizmem. Przecież tej drużyny nie wymieniano w gronie faworytów Euroligi, a doszła do wielkiego finału! Skoro udało się to w Hiszpanii, to dlaczego nie może się powieść w Krakowie!
Spotkałem się ze stwierdzeniem, że taka zmiana filozofii tworzenia drużyny powinna zaistnieć dużo wcześniej...
Czy ja wiem? Teraz łatwo tak mówić. Ale przykładowo przed rokiem byłyśmy jednak mistrzyniami Polski i w sumie nie najgorzej zaprezentowałyśmy się w Eurolidze. Tym samym taka, a nie inna formuła pracy przynosiła efekty. Teraz, po wynikowym załamaniu, poszukano innej formuły. A rezultaty? Porozmawiamy w maju przyszłego roku, po kolejnym sezonie. Wtedy będziemy dużo mądrzejsi... Dziś jedno wydaje się pewne - że nowy sezon będzie wyzwaniem nie tylko dla nas zawodniczek, ale także dla trenera, działaczy. I wszyscy musimy stworzyć ten magiczny kolektyw...
http://krakow.naszemiasto.pl/
Z Dorotą Gburczyk, kapitanem zespołu koszykarek Wisły Can-Pack, rozmawia Wojciech Batko.
Jak Pani Kapitan spędza tegoroczny urlop?
W żaden oryginalny sposób. Tak się złożyło, że nie planowałam wyjazdu. Jestem więc w domu, ale się nie nudzę i staram się być bardzo czynna.
W czym się to przejawia?
Po prostu trenuję sobie indywidualnie, ale staram się być jak najdalej od koszykówki... Żeby mi nie zbrzydła! Aplikuję więc sobie zajęcia z lekkiej atletyki, jeżdżę na rowerze, chodzę na siłownię. Naturalnie nie są to jakieś duże obciążenia, ale wystarczające do podtrzymania organizmu w tzw. gotowości startowej.
Rozumiem, że kieruje Panią również chęć jak najlepszego zaprezentowania się nowemu trenerowi?
Indywidualna praca nad sobą nie jest czymś niezwykłym. Tak robią chyba wszyscy sportowcy. A odnośnie trenera, to bliżej go nie znamy.Jednakże kiedy popatrzy się na wyniki, jakie osiągnął z zespołem Salamanki, to budzą one szacunek. Ja z kolei, skoro przedłużyłam z Wisłą kontrakt na kolejny rok, pragnę być przydatna zespołowi, mam też swoje sportowe ambicje. Choćby osiągnięcie z Wisłą lepszych wyników niż w ostatnim sezonie.
Skoro wspomnieliśmy miniony sezon, to jak go można określić; czy była to porażka, czy może - jakby chcieli niektórzy - wręcz klęska?
Sądziłam, że już o tym wszystkim zapomniałam... Skoro jednak zostałam wywołana do tablicy, to nie używałabym ani słowa porażka, ani słowa klęska. Najbardziej pasuje mi, że był to sezon pełen owszem nieoczekiwanych, ale potrzebnych głębokich doświadczeń. Czasami trzeba zostać oblanym kubłem lodowatej wody, żeby przewartościować myślenie czy styl pracy i zacząć budować fundamenty pod kolejne sukcesy. Po prostu ostatni sezon pokazał, że największą wartością jest zespół, kolektyw. Jeśli to będzie nasz fundament, wrócimy na właściwe tory.
Czy zmiany personalne, jakie zaszły w drużynie, idą w tym kierunku?
Mam taką nadzieję... Generalnie jednak, przynajmniej na razie, wszystko zdaje się podążać właśnie taką drogą. Gdzie skład opierać się będzie nie na gwiazdach, ale na bardzo dobrych, wszechstronnych i solidnych koszykarkach. Oczywiście, nie wszystko zależy tylko od nas. Najwięcej jednak od wodza, czyli trenera. Zobaczymy, jak on to sobie poukłada. Wspomniany przeze mnie przykład Salamanki napawa optymizmem. Przecież tej drużyny nie wymieniano w gronie faworytów Euroligi, a doszła do wielkiego finału! Skoro udało się to w Hiszpanii, to dlaczego nie może się powieść w Krakowie!
Spotkałem się ze stwierdzeniem, że taka zmiana filozofii tworzenia drużyny powinna zaistnieć dużo wcześniej...
Czy ja wiem? Teraz łatwo tak mówić. Ale przykładowo przed rokiem byłyśmy jednak mistrzyniami Polski i w sumie nie najgorzej zaprezentowałyśmy się w Eurolidze. Tym samym taka, a nie inna formuła pracy przynosiła efekty. Teraz, po wynikowym załamaniu, poszukano innej formuły. A rezultaty? Porozmawiamy w maju przyszłego roku, po kolejnym sezonie. Wtedy będziemy dużo mądrzejsi... Dziś jedno wydaje się pewne - że nowy sezon będzie wyzwaniem nie tylko dla nas zawodniczek, ale także dla trenera, działaczy. I wszyscy musimy stworzyć ten magiczny kolektyw...
http://krakow.naszemiasto.pl/
Jeśli ktoś w Krakowie zapyta się za 20 lat: kim była DeForge? Odpowiedź będzie tylko jedna: wielką zawodniczką!
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
Re: Co słychać w Wiśle?
Agnieszka Kułaga: Wyjechałam, nauczyłam się i wróciłam
Rozmawiał Andrzej Klemba
Do Stanów Zjednoczonych pojechałam, by studiować i stać się lepszą koszykarką. Cele zrealizowałam, ale nie chciałam tam zostać, bo nie podoba mi się pogoń za pieniądzem - mówi nowa koszykarka Wisły Can-Pack
Rozmowa z Agnieszką Kułagą
Andrzej Klemba: Był w kraju 18-letni koszykarski talent, który rzucał rywalkom po 40 punktów, i nagle zniknął...
Agnieszka Kułaga: Cztery lata temu wyjechał, a teraz znów się pojawił (śmiech). W wieku 18 lat musiałam podjąć decyzję, czy jestem gotowa grać w profesjonalnej koszykówce i coś do drużyny wnosić. Nie chciałam siedzieć na ławce rezerwowych i tylko być jej ozdobą. Byłam na rozmowach w Wiśle i nie było łatwo odrzucić tej propozycji. Lepszy jednak dla mojego rozwoju był wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Nikogo tam nie miałam, jedynie ciotkę na Florydzie, którą przez cztery lata odwiedziłam raz. Miałam bardzo mało czasu na podjęcie decyzji i być może to mi pomogło, by zaryzykować wyjazd w nieznane. To był taki trochę spontan (śmiech).
Sześć godzin treningów
Jak to się stało, że ktoś w odległych USA usłyszał o zawodniczce Pałacu Młodzieży Tarnów.
- Już w drugiej klasie liceum inne amerykańskie uniwersytety się mną zainteresowały, m.in. z Florydy, ale wtedy nie wyobrażałam sobie wyjazdu. Skontaktowali się ze mną przez internet i poradzili, że powinnam mieć amerykańską maturę, by myśleć o grze w NCAA. Pomyślałam czemu nie, najwyżej będę miała taki dokument. Zawzięłam się i zdałam ją jeszcze przed polską maturą. Później wyjechałam na obóz koszykarski, gdzie spotkałam trenera Keitha Freemana z Uniwersytetu Valparaiso. Kiedy opowiedział mi, jak wyglądają gra i studia w Stanach Zjednoczonych, wyjazd nabrał realnych kształtów.
Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że 18-letnia córka będzie 10 godzin samolotem od nich?
- Wróciłam z obozu i oznajmiłam rodzicom, że lecę na studia do USA. W mamie zawsze miałam ogromne wsparcie, ale na początku mówiła, że to wariactwo. Jednak krok po kroku wszystko jej wytłumaczyłam i stwierdziła, że to dla mnie ogromna szansa. Uniwersytet w Valparaiso nie należy do największych, a co za tym idzie, uważanych za najlepsze uczelnie, ale dla mnie liczyło się to, że gra w pierwszej dywizji. Dzięki temu miałam okazję rywalizować z najlepszymi zespołami uniwersyteckimi. Rozgrywki są tak skonstruowane, że najpierw jest pre-season, w którym gra się z różnymi zespołami spoza swojej ligi. Klasa rywala zależy głównie od znajomości między trenerami. Te wyniki są zaliczane do bilansu. Później jest sezon zasadniczy. Grałam w Horizon League, gdzie było 10 zespołów. W ostatnim sezonie nie udało nam się awansować do turnieju finałowego.
18-letnia koszykarka z Polski wyjechała do Stanów Zjednoczonych i...
- Początek był dla mnie wielkim szokiem pod każdym względem. Bardzo dużo ode mnie oczekiwano, zwłaszcza jeśli chodzi o wysiłek fizyczny. W Polsce w życiu nie spędziłam jednego dnia pięciu godzin na sali, a do tego jeszcze miałam się uczyć. Nie spodziewałam się, że będę musiała iść o godz. 6 rano na siłownię, potem na uczelnie, a po zajęciach na czterogodzinny trening. Czasem wracałam tak padnięta, że myślałam, by wracać do Polski. Miałam jednak cel: być w Stanach Zjednoczonych cztery lata, skończyć studia i stać się lepszą koszykarką.
Początki w zespole pewnie były trudne.
- Drużyna głównie składała się z seniorek, czyli dziewcząt z czwartego roku, a ja pojechałam z takim nastawieniem, że będę od razu grała w wyjściowym składzie. Zmieniłam priorytety i na każdym treningu starałam się udowodnić, że stać mnie na grę w drugiej piątce. W Polsce zawsze byłam liderką, nie grałam mniej niż 35 minut, a tu musiałam pogodzić się, że wchodzę na pięć minut. To była niezła lekcja pokory. Od początku jednak mogłam liczyć na pomoc trenera Freemana. Nie doceniałam tego, że często brał mnie na bok, długo instruował i namawiał do wysiłku. Do tego dochodziły indywidualne treningi, wspólne oglądanie meczów, tłumaczenie panujących w amerykańskiej koszykówce zasad w obronie i ataku. Teraz wiem, że było warto. Grałam coraz więcej. To dało mi impuls, by całe lato pracować, i od drugiego roku byłam już podstawową rozgrywającą. Wróciłam do Europy na mistrzostwa Europy U-20 i trener także na mnie stawiał.
Ściągać nie można
Jak dalej przebiegała Pani gra w NCAA?
- Indywidualnie najlepszy dla mnie był trzeci rok. Znalazłam się w drugiej piątce całej ligi. W ostatnim sezonie miałam udany początek i koniec, a w środku przeszkadzał mi uraz.
Dostała Pani też nagrodę za połączenie nauki i koszykówki.
- To wyróżnienie przyznaje magazyn "ESPN", a bierze pod uwagę cały dystrykt, czyli pięć stanów. Trzeba mieć dobre wyniki w nauce i wyróżniać się na boisku. Wybrano mnie do pierwszej drużyny, i to dla mnie duże osiągnięcie. Skończyłam studia w trzy lata z niezłą średnią, i pewnie to zdecydowało. A później jeszcze udało mi się zaliczyć studia MBA.
Jaki poziom nauki jest w Stanach Zjednoczonych?
- Nigdy nie miałam problemów z uczeniem się, a do tego kierunek, który obrałam, bardzo mi pasował. W szkołach podstawowych i w junior college'ach poziom nauki jest przerażająco niski. Dlatego później Amerykanie mają problemy na uniwersytecie i po pierwszym roku szybko odpadają.
Ściągać nie można?
- Nie można. Na mojej uczelni był tzw. honor code - przed każdym egzaminem pisaliśmy formułkę: "Ja nie oszukiwałam ani nie pomagałam innej osobie". W Polsce ściąganie jest niemal narodową tradycją. Rzeczywiście na jednym z egzaminów rozejrzałam się po sali i wszyscy patrzyli w swoje kartki. To był na początku dla mnie szok. Oczywiście gdyby ktoś chciał, mógłby wnieść ściągi, ale chodzi o uczciwość przed samym sobą.
Panuje stereotyp, że czarnoskóre zawodniczki mają lepsze predyspozycje do gry w koszykówkę. Rzeczywiście tak jest?
- Też jechałam za ocean z takim przeświadczeniem. Motorycznie może i są lepsze, ale nie wszystkie, bo spotkałam dużo Murzynek mało dynamicznych. Grałyśmy przeciwko zespołom złożonym z czarnoskórych zawodniczek i wcale nie byłyśmy na straconej pozycji, a wręcz przeciwnie.
Kampus jak w filmie - trzy zespoły cheerleaderek
Jakie jest życie studenta w Stanach Zjednoczonych?
- Mieliśmy śliczny kampus. Dostałam tam ogromne wsparcie od administracji, profesorów i trenerów. Czasem w trakcie sezonu na uczelni pojawiałam się raz na dwa tygodnie. Wszyscy wiedzieli, że gram w koszykówkę, i szli mi na rękę. Zresztą profesorowie przychodzili na nasze mecze. Dostawałam stypendium. Przez trzy lata było w formie bezgotówkowej. Miałam kartę, dzięki której na terenie kampusu mogłam jeść do woli, mieszkać i korzystać z różnych udogodnień. Na czwartym roku dostawałam już pieniądze. Było to 40 tys. dolarów i wszystko było już na mojej głowie - dom, samochód i życie.
Czyli jak w amerykańskich filmach.
- To prawda. Mieliśmy nawet trzy zespoły cheerleaderek. Nie wierzyłam własnym oczom. Na początku roku do każdej ekipy były testy. W USA jest podział na cheerleaderki i tancerki. Tańczyli też mężczyźni, a właściwie pełnili rolę wyrzutni dla dziewczyn.
Miała Pani wolny czas?
- W trakcie sezonu mogłam tylko o tym pomarzyć. Na 14 dni może jeden był bez treningu, a czasem w ciągu tygodnia grałyśmy trzy mecze. Poza sezonem często bywałam w Chicago, zwiedziłam część stanów.
Jacy są Amerykanie?
- To taka wielokulturowa społeczność, że trudno wrzucić ich do jednego worka. Mieszkałam w Indianie, uważanej za bardziej biały stan. Ludzie są otwarci, ale tak na pokaz i nie można szerokim uśmiechom za bardzo ufać. Już na lotnisku każdy pyta się, jak tam leci, ale nikt nie czeka na odpowiedź. Generalnie spotkałam tam bardzo serdecznych i pomocnych ludzi.
Ameryka szaleje, kiedy są wybory prezydenckie?
- Cały rok wszędzie było słychać tylko Obama i McCain. Prenumerowałam "Wall Street Journal" i w każdym wydaniu była analiza, co powiedział każdy z nich. Ludzie tak naprawdę są tym mocno zmęczeni, bo kampania trwa prawie rok.
Priorytet - koszykówka, nie pogoń za pieniędzmi
Dlaczego zdecydowała się Pani na powrót?
- Bo od początku miałam taki plan. Skończyć studia, stać się lepszą koszykarką i wrócić. Teraz chcę zaistnieć w Europie, a poza tym życie w Stanach Zjednoczonych mi nie odpowiada. Nie podoba mi się szaleńcza pogoń za pieniędzmi. Czas na życie prywatne i rozrywki jest dopiero na emeryturze. Dopiero wtedy Amerykanie jeżdżą po świecie. Wielu Polaków wyjeżdżało za ocean na około 10 lat, by się dorobić i też wracać do ojczyzny. Jeśli ma się inne priorytety w życiu niż zarabianie, to do Ameryki nie ma po co jechać.
A jakie priorytety ma Agnieszka Kułaga?
- Wykształcenie już mam i na razie szkół mi już wystarczy. Teraz chcę robić to, co najbardziej kocham, czyli grać w koszykówkę. I nic już nie powinno mi w tym przeszkadzać.
Z NCAA nie byłoby bliżej do WNBA?
- Pewnie tak, ale recesja dotknęła też drużyny z WNBA. Kluby nie mają już 13 koszykarek w składzie, ale zaledwie 11. Obcięto kadry, by zaoszczędzić pieniądze. Dużo znakomitych zawodniczek zostało bez zespołu. Na dodatek to liga letnia grająca od maja do września. Później Amerykanki zjeżdżają do Europy, gdzie też się lepiej zarabia.
Za Wisłą od małej dziewczynki
Jak trafiła Pani do Wisły?
- Ofertę dostałam poprzez moją menedżerkę. Najpierw chciałam podbić Europę, ale później pomyślałam, że w Polsce będę czuła się pewniej i mogę zacząć tutaj. Pochodzę z Tarnowa i jeszcze jak byłam małą dziewczynką, Wisła była dla mnie wielkim klubem i marzeniem. Teraz myślę o najbliższym sezonie. Nie mam presji wyjazdu, bo chcę być blisko rodziny i mam nadzieję, że w Krakowie będę mogła liczyć na kibiców.
Jacy fani są w Stanach Zjednoczonych?
- Na nasze spotkania przychodziło po kilkaset osób, a czasem nawet kilka tysięcy. Było kilku wiernych kibiców - studentów, którzy czasem zakładali stroje różnych postaci, np. Supermena. Wybiegam na rozgrzewkę i widzę kilku takich przebierańców. Niezłe wrażenie. Na moim ostatnim meczu niespodziankę sprawili mi organizatorzy. Przed każdym spotkaniem w USA leci hymn. By mnie pożegnać, zagrano "Mazurka Dąbrowskiego". Aż dostałam gęsiej skórki i mało brakowało, by pociekły mi łzy.
Już nie urośnie
W Wiśle ma Pani być uzupełnieniem dla Liron Cohen. Taka rola Pani odpowiada?
- W Stanach Zjednoczonych nauczyłam się, że nigdy nie jest nic pewne. Poza tym jest wymienność funkcji. Mogę grać zarówno jako rozgrywająca, jak i rzucający obrońca. Może Liron też jest tak uniwersalna. Nie czuję się na straconej pozycji i będę walczyć o pierwszą piątkę. Nie stawiam sobie indywidualnych założeń. Wiem, że celem jest odzyskanie tytułu i dobra gra w europejskich pucharach. I wiem, że zrobię wszystko, by w tym pomóc. Chcę być efektywna dla zespołu.
Prezes Wisły trochę żałuje, że nie jest Pani ciut wyższa...
- Niestety, już nie urosnę. Jakoś z tymi 166 cm radzę sobie na boisku. Nie jest to dla mnie żaden problem. Siłą, kondycją, szybkością można zniwelować przewagę wzrostu. Dzięki tym cechom też da się grać dobrze w koszykówkę.
Polska Liga Koszykówki Kobiet na pewno jest inna niż NCAA.
- Zdaję sobie z tego sprawę, choćby z tego powodu, że tu grają zawodniczki od 18. do 35. roku życia. I te starsze na pewno mają więcej boiskowego sprytu. W NCAA były koszykarki do 24 lat. Kilka drużyny w Polsce stoi na dużo wyższym poziomie, i to dla mnie duże wyzwanie. Poznałam zupełnie inną koszykówkę, bardziej zorganizowaną, i to tylko może mi pomóc w naszej lidze. Do tego będziemy miały hiszpańskiego trenera i nie mogę się doczekać, jaką ma wizję.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Rozmawiał Andrzej Klemba
Do Stanów Zjednoczonych pojechałam, by studiować i stać się lepszą koszykarką. Cele zrealizowałam, ale nie chciałam tam zostać, bo nie podoba mi się pogoń za pieniądzem - mówi nowa koszykarka Wisły Can-Pack
Rozmowa z Agnieszką Kułagą
Andrzej Klemba: Był w kraju 18-letni koszykarski talent, który rzucał rywalkom po 40 punktów, i nagle zniknął...
Agnieszka Kułaga: Cztery lata temu wyjechał, a teraz znów się pojawił (śmiech). W wieku 18 lat musiałam podjąć decyzję, czy jestem gotowa grać w profesjonalnej koszykówce i coś do drużyny wnosić. Nie chciałam siedzieć na ławce rezerwowych i tylko być jej ozdobą. Byłam na rozmowach w Wiśle i nie było łatwo odrzucić tej propozycji. Lepszy jednak dla mojego rozwoju był wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Nikogo tam nie miałam, jedynie ciotkę na Florydzie, którą przez cztery lata odwiedziłam raz. Miałam bardzo mało czasu na podjęcie decyzji i być może to mi pomogło, by zaryzykować wyjazd w nieznane. To był taki trochę spontan (śmiech).
Sześć godzin treningów
Jak to się stało, że ktoś w odległych USA usłyszał o zawodniczce Pałacu Młodzieży Tarnów.
- Już w drugiej klasie liceum inne amerykańskie uniwersytety się mną zainteresowały, m.in. z Florydy, ale wtedy nie wyobrażałam sobie wyjazdu. Skontaktowali się ze mną przez internet i poradzili, że powinnam mieć amerykańską maturę, by myśleć o grze w NCAA. Pomyślałam czemu nie, najwyżej będę miała taki dokument. Zawzięłam się i zdałam ją jeszcze przed polską maturą. Później wyjechałam na obóz koszykarski, gdzie spotkałam trenera Keitha Freemana z Uniwersytetu Valparaiso. Kiedy opowiedział mi, jak wyglądają gra i studia w Stanach Zjednoczonych, wyjazd nabrał realnych kształtów.
Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że 18-letnia córka będzie 10 godzin samolotem od nich?
- Wróciłam z obozu i oznajmiłam rodzicom, że lecę na studia do USA. W mamie zawsze miałam ogromne wsparcie, ale na początku mówiła, że to wariactwo. Jednak krok po kroku wszystko jej wytłumaczyłam i stwierdziła, że to dla mnie ogromna szansa. Uniwersytet w Valparaiso nie należy do największych, a co za tym idzie, uważanych za najlepsze uczelnie, ale dla mnie liczyło się to, że gra w pierwszej dywizji. Dzięki temu miałam okazję rywalizować z najlepszymi zespołami uniwersyteckimi. Rozgrywki są tak skonstruowane, że najpierw jest pre-season, w którym gra się z różnymi zespołami spoza swojej ligi. Klasa rywala zależy głównie od znajomości między trenerami. Te wyniki są zaliczane do bilansu. Później jest sezon zasadniczy. Grałam w Horizon League, gdzie było 10 zespołów. W ostatnim sezonie nie udało nam się awansować do turnieju finałowego.
18-letnia koszykarka z Polski wyjechała do Stanów Zjednoczonych i...
- Początek był dla mnie wielkim szokiem pod każdym względem. Bardzo dużo ode mnie oczekiwano, zwłaszcza jeśli chodzi o wysiłek fizyczny. W Polsce w życiu nie spędziłam jednego dnia pięciu godzin na sali, a do tego jeszcze miałam się uczyć. Nie spodziewałam się, że będę musiała iść o godz. 6 rano na siłownię, potem na uczelnie, a po zajęciach na czterogodzinny trening. Czasem wracałam tak padnięta, że myślałam, by wracać do Polski. Miałam jednak cel: być w Stanach Zjednoczonych cztery lata, skończyć studia i stać się lepszą koszykarką.
Początki w zespole pewnie były trudne.
- Drużyna głównie składała się z seniorek, czyli dziewcząt z czwartego roku, a ja pojechałam z takim nastawieniem, że będę od razu grała w wyjściowym składzie. Zmieniłam priorytety i na każdym treningu starałam się udowodnić, że stać mnie na grę w drugiej piątce. W Polsce zawsze byłam liderką, nie grałam mniej niż 35 minut, a tu musiałam pogodzić się, że wchodzę na pięć minut. To była niezła lekcja pokory. Od początku jednak mogłam liczyć na pomoc trenera Freemana. Nie doceniałam tego, że często brał mnie na bok, długo instruował i namawiał do wysiłku. Do tego dochodziły indywidualne treningi, wspólne oglądanie meczów, tłumaczenie panujących w amerykańskiej koszykówce zasad w obronie i ataku. Teraz wiem, że było warto. Grałam coraz więcej. To dało mi impuls, by całe lato pracować, i od drugiego roku byłam już podstawową rozgrywającą. Wróciłam do Europy na mistrzostwa Europy U-20 i trener także na mnie stawiał.
Ściągać nie można
Jak dalej przebiegała Pani gra w NCAA?
- Indywidualnie najlepszy dla mnie był trzeci rok. Znalazłam się w drugiej piątce całej ligi. W ostatnim sezonie miałam udany początek i koniec, a w środku przeszkadzał mi uraz.
Dostała Pani też nagrodę za połączenie nauki i koszykówki.
- To wyróżnienie przyznaje magazyn "ESPN", a bierze pod uwagę cały dystrykt, czyli pięć stanów. Trzeba mieć dobre wyniki w nauce i wyróżniać się na boisku. Wybrano mnie do pierwszej drużyny, i to dla mnie duże osiągnięcie. Skończyłam studia w trzy lata z niezłą średnią, i pewnie to zdecydowało. A później jeszcze udało mi się zaliczyć studia MBA.
Jaki poziom nauki jest w Stanach Zjednoczonych?
- Nigdy nie miałam problemów z uczeniem się, a do tego kierunek, który obrałam, bardzo mi pasował. W szkołach podstawowych i w junior college'ach poziom nauki jest przerażająco niski. Dlatego później Amerykanie mają problemy na uniwersytecie i po pierwszym roku szybko odpadają.
Ściągać nie można?
- Nie można. Na mojej uczelni był tzw. honor code - przed każdym egzaminem pisaliśmy formułkę: "Ja nie oszukiwałam ani nie pomagałam innej osobie". W Polsce ściąganie jest niemal narodową tradycją. Rzeczywiście na jednym z egzaminów rozejrzałam się po sali i wszyscy patrzyli w swoje kartki. To był na początku dla mnie szok. Oczywiście gdyby ktoś chciał, mógłby wnieść ściągi, ale chodzi o uczciwość przed samym sobą.
Panuje stereotyp, że czarnoskóre zawodniczki mają lepsze predyspozycje do gry w koszykówkę. Rzeczywiście tak jest?
- Też jechałam za ocean z takim przeświadczeniem. Motorycznie może i są lepsze, ale nie wszystkie, bo spotkałam dużo Murzynek mało dynamicznych. Grałyśmy przeciwko zespołom złożonym z czarnoskórych zawodniczek i wcale nie byłyśmy na straconej pozycji, a wręcz przeciwnie.
Kampus jak w filmie - trzy zespoły cheerleaderek
Jakie jest życie studenta w Stanach Zjednoczonych?
- Mieliśmy śliczny kampus. Dostałam tam ogromne wsparcie od administracji, profesorów i trenerów. Czasem w trakcie sezonu na uczelni pojawiałam się raz na dwa tygodnie. Wszyscy wiedzieli, że gram w koszykówkę, i szli mi na rękę. Zresztą profesorowie przychodzili na nasze mecze. Dostawałam stypendium. Przez trzy lata było w formie bezgotówkowej. Miałam kartę, dzięki której na terenie kampusu mogłam jeść do woli, mieszkać i korzystać z różnych udogodnień. Na czwartym roku dostawałam już pieniądze. Było to 40 tys. dolarów i wszystko było już na mojej głowie - dom, samochód i życie.
Czyli jak w amerykańskich filmach.
- To prawda. Mieliśmy nawet trzy zespoły cheerleaderek. Nie wierzyłam własnym oczom. Na początku roku do każdej ekipy były testy. W USA jest podział na cheerleaderki i tancerki. Tańczyli też mężczyźni, a właściwie pełnili rolę wyrzutni dla dziewczyn.
Miała Pani wolny czas?
- W trakcie sezonu mogłam tylko o tym pomarzyć. Na 14 dni może jeden był bez treningu, a czasem w ciągu tygodnia grałyśmy trzy mecze. Poza sezonem często bywałam w Chicago, zwiedziłam część stanów.
Jacy są Amerykanie?
- To taka wielokulturowa społeczność, że trudno wrzucić ich do jednego worka. Mieszkałam w Indianie, uważanej za bardziej biały stan. Ludzie są otwarci, ale tak na pokaz i nie można szerokim uśmiechom za bardzo ufać. Już na lotnisku każdy pyta się, jak tam leci, ale nikt nie czeka na odpowiedź. Generalnie spotkałam tam bardzo serdecznych i pomocnych ludzi.
Ameryka szaleje, kiedy są wybory prezydenckie?
- Cały rok wszędzie było słychać tylko Obama i McCain. Prenumerowałam "Wall Street Journal" i w każdym wydaniu była analiza, co powiedział każdy z nich. Ludzie tak naprawdę są tym mocno zmęczeni, bo kampania trwa prawie rok.
Priorytet - koszykówka, nie pogoń za pieniędzmi
Dlaczego zdecydowała się Pani na powrót?
- Bo od początku miałam taki plan. Skończyć studia, stać się lepszą koszykarką i wrócić. Teraz chcę zaistnieć w Europie, a poza tym życie w Stanach Zjednoczonych mi nie odpowiada. Nie podoba mi się szaleńcza pogoń za pieniędzmi. Czas na życie prywatne i rozrywki jest dopiero na emeryturze. Dopiero wtedy Amerykanie jeżdżą po świecie. Wielu Polaków wyjeżdżało za ocean na około 10 lat, by się dorobić i też wracać do ojczyzny. Jeśli ma się inne priorytety w życiu niż zarabianie, to do Ameryki nie ma po co jechać.
A jakie priorytety ma Agnieszka Kułaga?
- Wykształcenie już mam i na razie szkół mi już wystarczy. Teraz chcę robić to, co najbardziej kocham, czyli grać w koszykówkę. I nic już nie powinno mi w tym przeszkadzać.
Z NCAA nie byłoby bliżej do WNBA?
- Pewnie tak, ale recesja dotknęła też drużyny z WNBA. Kluby nie mają już 13 koszykarek w składzie, ale zaledwie 11. Obcięto kadry, by zaoszczędzić pieniądze. Dużo znakomitych zawodniczek zostało bez zespołu. Na dodatek to liga letnia grająca od maja do września. Później Amerykanki zjeżdżają do Europy, gdzie też się lepiej zarabia.
Za Wisłą od małej dziewczynki
Jak trafiła Pani do Wisły?
- Ofertę dostałam poprzez moją menedżerkę. Najpierw chciałam podbić Europę, ale później pomyślałam, że w Polsce będę czuła się pewniej i mogę zacząć tutaj. Pochodzę z Tarnowa i jeszcze jak byłam małą dziewczynką, Wisła była dla mnie wielkim klubem i marzeniem. Teraz myślę o najbliższym sezonie. Nie mam presji wyjazdu, bo chcę być blisko rodziny i mam nadzieję, że w Krakowie będę mogła liczyć na kibiców.
Jacy fani są w Stanach Zjednoczonych?
- Na nasze spotkania przychodziło po kilkaset osób, a czasem nawet kilka tysięcy. Było kilku wiernych kibiców - studentów, którzy czasem zakładali stroje różnych postaci, np. Supermena. Wybiegam na rozgrzewkę i widzę kilku takich przebierańców. Niezłe wrażenie. Na moim ostatnim meczu niespodziankę sprawili mi organizatorzy. Przed każdym spotkaniem w USA leci hymn. By mnie pożegnać, zagrano "Mazurka Dąbrowskiego". Aż dostałam gęsiej skórki i mało brakowało, by pociekły mi łzy.
Już nie urośnie
W Wiśle ma Pani być uzupełnieniem dla Liron Cohen. Taka rola Pani odpowiada?
- W Stanach Zjednoczonych nauczyłam się, że nigdy nie jest nic pewne. Poza tym jest wymienność funkcji. Mogę grać zarówno jako rozgrywająca, jak i rzucający obrońca. Może Liron też jest tak uniwersalna. Nie czuję się na straconej pozycji i będę walczyć o pierwszą piątkę. Nie stawiam sobie indywidualnych założeń. Wiem, że celem jest odzyskanie tytułu i dobra gra w europejskich pucharach. I wiem, że zrobię wszystko, by w tym pomóc. Chcę być efektywna dla zespołu.
Prezes Wisły trochę żałuje, że nie jest Pani ciut wyższa...
- Niestety, już nie urosnę. Jakoś z tymi 166 cm radzę sobie na boisku. Nie jest to dla mnie żaden problem. Siłą, kondycją, szybkością można zniwelować przewagę wzrostu. Dzięki tym cechom też da się grać dobrze w koszykówkę.
Polska Liga Koszykówki Kobiet na pewno jest inna niż NCAA.
- Zdaję sobie z tego sprawę, choćby z tego powodu, że tu grają zawodniczki od 18. do 35. roku życia. I te starsze na pewno mają więcej boiskowego sprytu. W NCAA były koszykarki do 24 lat. Kilka drużyny w Polsce stoi na dużo wyższym poziomie, i to dla mnie duże wyzwanie. Poznałam zupełnie inną koszykówkę, bardziej zorganizowaną, i to tylko może mi pomóc w naszej lidze. Do tego będziemy miały hiszpańskiego trenera i nie mogę się doczekać, jaką ma wizję.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Jeśli ktoś w Krakowie zapyta się za 20 lat: kim była DeForge? Odpowiedź będzie tylko jedna: wielką zawodniczką!
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
https://www.youtube.com/watch?v=N7ABk7vDous
Re: Co słychać w Wiśle?
Kolejny fajny wywiad z Agnieszką - jej, tak ogólnie nie mogę się znowu doczekać początku sezonu...
Wróć do „Aktualności Ekstraklasa”
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 91 gości
