Nie wiem czy już to czytaliście kiedykolwiek, ale myślę, że warto takie ciekawostki z światka basketu polskiego przytaczać...
Ostatni raz polscy koszykarze wystąpili na olimpiadzie 24 lata temu – w 1980 roku w Moskwie. Wtedy z polską koszykówką trzeba było się liczyć, a o sile kadry decydowali Dolnoślązacy. Wśród nich Mieczysław Młynarski – wówczas najlepszy polski koszykarz oraz jeden z czołowych w Europie.
Kosmiczny rekord Młynarskiego
Pan Mieczysław jest niezwykle barwną postacią na kartach historii polskiej i dolnośląskiej koszykówki. Wielokrotnie swoimi wyczynami strzeleckimi zapisał się w annałach polskiego basketu. Do niego bowiem należy wyśrubowany ponad miarę rekord liczby zdobytych punktów w jednym meczu ekstraklasy. W 1982 roku, kiedy Górnik Wałbrzych sięgał po pierwszy w historii klubu tytuł mistrza Polski, Młynarski został królem strzelców rozgrywek, a dodatkowo ustanowił rekord nie do pobicia. W spotkaniu przeciw Pogoni Szczecin w ciągu 40 minut rzucił... 90 (słownie: dziewięćdziesiąt) punktów! – Trudno było rzucić aż tyle, bo przecież to był normalny mecz ligowy, a nie jakiś sparing. A dodatkowo miałem utrudnione zadanie, bo nasz trener wziął czas na żądanie i powiedział, że wszyscy mogą rzucać, tylko nie ja! Bo w obronie momentami grało przeciw mnie trzech, a nawet czterech rywali, i to dopiero było utrudnienie – wspomina dziś ze śmiechem pan Mieczysław. Wynik ten został pobity na trzecioligowym parkiecie w Koszalinie, gdzie Leszek Doliński (kolega Młynarskiego z reprezentacji olimpijskiej z 1980 roku) w sezonie 1993/94 zdobył 134 punkty przeciw Gaialowi Choszczno, ale w ekstraklasie do wyniku Młynarskiego nikt się nawet nie zbliżył. – Zdobyć 90 punktów w ekstraklasie, obojętnie przeciw jakiemu zespołowi, to duży wyczyn. Wówczas Pogoń była najsłabszym zespołem w lidze, ale Mietek rzucał po 30-40 punktów w meczach ligowych na szczycie. Dla niego nie było to nic niezwykłego – wspomina dziś Andrzej Kuchar, wtedy jeden z najlepszych polskich trenerów koszykówki.
Debiut do Księgi Guinnessa
Mieczysław Młynarski urodził się 17 maja 1956 roku w Resku. W wieku 18 lat zadebiutował w I lidze (odpowiednik obecnej ekstraklasy) w barwach wałbrzyskiego Górnika. – Miał najlepszy debiut w historii polskiej koszykówki. Lepszy chyba nawet niż ten jego rekord punktowy, bo podejrzewam, że był to ewenement na skalę światową – opowiada Kuchar, który widział pierwszy mecz Młynarskiego na parkiecie pierwszej ligi. Górnik grał wtedy z Wybrzeżem Gdańsk – ówczesnym mistrzem Polski. Młynarski pojawił się na parkiecie jako nikomu nieznany 18-latek i przeciw faworyzowanemu rywalowi zdobył 36 punktów! – Górnik przegrał ten mecz, ale wszyscy byli zachwyceni postawą Młynarskiego – mówi Kuchar.
Mógł być najlepszy
Dziś nie ma wątpliwości, że na początku lat 80., zanim na dobre rozbłysnęła gwiazda Dariusza Zeliga, to właśnie Młynarski był największym talentem w polskiej koszykówce i nie tylko. Wtedy za najlepszego skrzydłowego w amatorskiej koszykówce, czyli poza NBA, uważany był Jugosłowianin Drażen Dalipagić. – Według mojej oceny Mietek wtedy warunkami fizycznymi nie odbiegał od najlepszych koszykarzy na świecie. Był wybitnym zawodnikiem pod względem fizycznym i ruchowym, a do tego dysponował potworną siłą. Był bardzo szybki w pojedynczym ruchu, to znaczy, że już po pierwszym kroku mijał rywala. Gorzej było tylko z ogólną wytrzymałością – wspomina Kuchar, który z Młynarskim pracował nie tylko w Górniku, ale też w kadrze.
Wolał rzucać, niż podawać
– W ataku Mietek był na porównywalnym poziomie z Dalipagiciem. Może troszkę gorzej mijał, no i był gorszym podającym. Pamiętam, że on nie lubił współpracować w ataku. Po zasłonie wolał rzucać, niż podawać. Gorzej bronił, choć uważam, że mógł bronić tak, jak wspomniany Dalipagić. Dlaczego tak nie było? Może nie miał w sobie odpowiedniej motywacji – wspomina Kuchar.
Dokonania strzeleckie Młynarskiego świadczą, że musiał dużo rzucać, ale też przeważnie trafiał. Był królem strzelców ekstraklasy w sezonach 1980, 81, 83, 85 i wtedy co roku toczył zacięte boje o ten tytuł z Eugeniuszem Kijewskim – wtedy rozgrywającym poznańskiego Lecha, a obecnie pierwszym szkoleniowcem Prokomu Sopot. – Nasza rywalizacja zawsze była w cieniu walki klubów o mistrzostwo Polski. Mietek to świetny strzelec, ale zwycięstwo zespołu było najważniejsze. Dziś pozostały nam miłe wspomnienia. Graliśmy przecież razem trzykrotnie w finałach mistrzostw Europy i jest co wspominać – opowiada „Kijek”. – Szliśmy prawie równo, choć trudno mówić o jakimś pojedynku między nami. Byliśmy po prostu liderami w swoich zespołach i jakoś naturalnie wychodziło, że zdobywaliśmy najwięcej punktów – dodaje pan Mieczysław.
Tytuł, którego nie było
Młynarski w reprezentacji Polski świetnie wypadł podczas moskiewskiej olimpiady w 1980 roku, ale jeszcze lepsze były dla niego praskie mistrzostwa Europy rok później. Wtedy bez wątpienia zaliczał się do europejskiej czołówki zawodników. Podczas tego turnieju zdobył najwięcej punktów, ale królem strzelców nie został. Wtedy przepisy były takie, że ten tytuł oficjalnie może przypaść tylko zawodnikowi z zespołu, który walczył o miejsca 1-6. A Polska znalazła się poza tymi lokatami. Zadecydował o tym mecz z Włochami, należącymi wówczas do ścisłej światowej czołówki. W składzie mieli najlepszego obrońcę w Europie – naturalizowanego Amerykanina o nazwisku Silvester. Właśnie on miał kryć Młynarskiego i kiedy Polak pojawił się na parkiecie, zaledwie w kilka minut pierwszej połowy zdobył ponad 20 punktów, dając Polsce 15-punktowe prowadzenie. – Doskonale pamiętam tamten mecz i był to najlepszy występ Mietka w całej jego karierze. Młynarski po prostu ośmieszył nie tylko Silvestra, uważanego za najlepszego defensora, ale całą reprezentację Włoch. Przez kilkanaście minut grał przeciw nim niemal w pojedynkę, a oni nie potrafili zatrzymać go nawet we dwóch czy trzech. Niestety, kiedy złapał drugie przewinienie, trener Świątek posadził go na ławce, a w drugiej połowie w grze Polaków coś się zacięło i przegrali. Nigdy wcześniej jednak nie widziałem, żeby Polak zagrał taki mecz i pewnie jeszcze długo to się nie powtórzy – wspomina Kuchar. Jak wspomina swój występ sam zawodnik? – Tak czasem bywa. Wtedy zespołowi nie szło, trener wziął czas, nakazał grać na mnie i musiałem to pociągnąć.
Tytan pracy...
Właśnie tak można było powiedzieć o Mieczysławie Młynarskim pod koniec lat 70., kiedy wchodził w dorosłą koszykówkę. Wtedy swoją postawą dawał przykład innym zawodnikom. Po treningach zostawał dłużej, by rzucać do kosza. Trener Górnika Andrzej Kuchar z myślą o Młynarskim skonstruował urządzenie nazwane „tossback”. – Była to prostokątna podstawa, leżąca na parkiecie pod koszem. Na niej przymocowana była kratownica, na której rozciągnięto gumę. Tę kratownicę nachylało się pod odpowiednim kątem do parkietu, tak że piłka wypadająca z kosza odbijała się od niej i wracała do rzucającego zawodnika. To było ulubione urządzenie treningowe Mietka – mówi szkoleniowiec. – Dzięki temu urządzeniu oddawałem po tysiąc rzutów dziennie – wspomina Młynarski.
...i leń jednocześnie
– Mietek chętnie pracował nad tymi elementami, w których był dobry i które lubił. Mógł zatem rzucać godzinami i nigdy nie było problemu, żeby go do tego zagonić. Ale przekonać go do biegania czterech kilometrów, żeby poprawić ogólną wytrzymałość, było trudno – wspomina Kuchar. – Niestety, chyba nie do końca zrozumiał, że mógł być najlepszym koszykarzem w Europie. Z czasem powinien był trenować coraz więcej, a tymczasem te proporcje były u niego odwrotne – dodaje.
Gracz rozrywkowy
Kariera Młynarskiego załamała się w sezonie 1984/85, choć według trenerów mógł on grać na światowym poziomie nawet do początku lat 90. Musiałby jednak bardziej dbać o siebie. – Problemem było nie zawsze dobre towarzystwo. Prowadził się niesportowo, palił zbyt dużo papierosów, a za mało trenował. Mógł grać w Realu Madryt, Barcelonie czy Maccabi Tel Awiw. Jednak przedstawiciele tych klubów dobrze wiedzieli, jaki tryb życia Mietek prowadził. Poza tym niełatwo było wtedy wyjechać z Polski. Ale jeśli ktoś jest winny, że Mietek nie zrobił światowej kariery, to tylko on sam – przekonuje Kuchar. W połowie lat 80. w roli lidera Polaków Młynarskiego zmienił nie mniej wybitny Dariusz Zelig.
Pomaga w Górniku
Dziś 48-letni Młynarski pracuje w Górniku Wałbrzych na stanowisku menedżera i wspólnie z Wojciechem Krzykałą prowadzi zespół beniaminka pierwszej ligi. Szkoli też wałbrzyską młodzież. – Wszyscy wiemy, jak znakomitym był kiedyś zawodnikiem. Teraz jest dobrym trenerem, a takie przełożenie zdarza się nieczęsto. W zespole stworzył dobrą atmosferę, a nasze wyniki z ostatniego sezonu mówią chyba same za siebie. Jeśli ktoś chce, to trener zawsze zostaje z nim po treningu i udziela indywidualnych wskazówek – mówi Rafał Glapiński, rozgrywający Górnika.
Będą następcy?
Jednym z zadań pana Mieczysława jest wyszukiwanie młodych i utalentowanych zawodników, których ściąga do Górnika. Kiedy doczekamy się jego następców? – Trudno będzie o następców, bo teraz młodzież nie garnie się do sportu tak, jak kiedyś. Mają dużo innych zajęć, np. Internet, a do uprawiania sportu chętnych jest mało. Nikt nie chce ciężko pracować, a bez tego nie będzie efektów. Już nawet nie chodzi o Wałbrzych, ale ogólnie w Polsce nie ma teraz młodych ludzi do grania. Nie ma na kim oprzeć kadry narodowej – kończy Młynarski.
TOMASZ BRUSIŁO
źródło: Słowo Sportowe
90 pkt. w meczu...
Moderator: Moderatorzy
90 pkt. w meczu...
..you got to lose, to know how to win..
Yo
90 punktów w meczu. Po samym tym wyniku można wywnioskować, że wolał rzucać niż podawać. A ten Doliński zdobył 134, pomimo tego, że w 3 lidze, to i tak jest mega osiągnięcie. Teraz taki wynik jest niemożliwy, inne czasy, koszykówka jest w pewnym sensie innym sportem niż wtedy.
Super takie historie i "ciekawostki". Proszę o więcej. :]
Super takie historie i "ciekawostki". Proszę o więcej. :]
Nowy adres - http://www.unia.swarzedz.pl
"Ten" Doliński wcześniej rządził w ekstraklasie, zdobywając wiele razy nawet i 40 punktów w meczu. Z tego, co pamiętam, to te rekordowe 134 punkty Leszek zdobył będąc już w dość zaawansowanym, jak na koszykarza, wieku, gdy powoli żegnał się z parkietami. Taki polski odpowiednik Oscara Schmidta... szkoda, że teraz nie ma takich graczy 
Ania i Alex... Na zawsze w naszych sercach!!! [']
Yo
Seba pisze:"Ten" Doliński
Wiem, że to pewnie dziwnie zabrzmiało w mojej wypowiedzi. Przyznaję, że nie jestem obeznany w historii polskiej koszykówki i z tymi nazwiskami zetknąłem się po raz pierwszy. I właśnie dlatego chętnie poczytam więcej tego typu "wspomnień".
Nowy adres - http://www.unia.swarzedz.pl
- MirU <poznań>
- Kadet
- Posty: 1235
- Rejestracja: 01 listopada 2004, 13:15
- Lokalizacja: Poznań
- Kontaktowanie:
Re: Yo
DaRiO pisze:...chętnie poczytam więcej tego typu "wspomnień".
Ja równierz chętnie poczytam
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość