Maciej Krystek: Medal brązowy lepszy od srebrnego
(jp)
Rozmowa z Maciejem Krystkiem, prezes Energi Toruń
- Gdy cztery lata temu zostałeś prezesem klubu, spodziewałeś się, że tak szybko drużyna wyląduje na podium PLKK?- Tak naprawdę dla mnie praca w klubie rozpoczęła się trzy lata temu, gdy wykupiliśmy dziką kartę po spadku z ekstraklasy. Wtedy zadaliśmy sobie pytanie, co dalej? Doszliśmy do wniosku, że budujemy dużą koszykówkę, albo nie bawimy się w to wcale. Zdawałem sobie sprawę, że w Toruniu nie znajdziemy sponsorów dla drużyny, która będzie walczyła o utrzymanie. Wtedy zapowiedziałem, że za trzy sezony będziemy walczyli o medale i zagramy w europejskich pucharach. Wtedy te słowa wywoływały jedynie uśmiechy.
- W pierwszym sezonie celem było szóste miejsce, a zespół był dopiero dziewiąty.- Kadrowo budowaliśmy skład na play off, ale popełniliśmy błąd przy wyborze trenera (Dariusza Raczyńskiego - dop. red.). Po jego wodzą zespół przegrał siedem spotkań i potem tych strat nie udało się odrobić. To była jednak cenna lekcja, przekonałem się, że budowę składu trzeba zacząć od trenera. I dlatego jeszcze przed końcem rozgrywek zaczęliśmy rozmawiać z Elmedinem Omaniciem. Dla nas było to oczywiste, że podpisujemy z nim kontrakt, żeby nadal się rozwijać, a nie walczyć jedynie o udział w play off.
- Teraz macie na koncie pierwszy medal, ale sytuacja klubu nadal daleka jest od idealnej.- To prawda. W trakcie sezonu mieliśmy spore kłopoty organizacyjne, związane oczywiście z brakiem pieniędzy. Dlatego ten medal mimo wszystko mnie zaskoczył, choć myślę, że trener Omanić, mimo ostrożnych wypowiedzi, od początku sobie taki cel założył.
- Tak naprawdę było bardzo blisko finału ligi. Nie żałujesz tego czwartego meczu z Lotosem Gdynia?- O naszej porażce zadecydowało kilka szczegółów. Lotos, mimo wielu trudności w minionym sezonie, miał jednak znacznie szerszy skład od naszego. Zostało nam pocieszenie, że przegraliśmy z mistrzem Polski. Zresztą, mimo trudniejszej sytuacji wyjściowej, byliśmy bliżsi pokonania Lotosu, niż jego rywal w finale, który miał atut własnej hali za sobą. Z punktu widzenia strategii rozwijania zespołu lepiej się stało, że mamy teraz brązowy medal. W innej sytuacji trzecie miejsce w przyszłym sezonie byłoby traktowane już w kategorii porażki.
- W jaki sposób klub poradzi sobie z zaległościami finansowymi? Czy jest gorszy scenariusz, który skończy się walką o utrzymanie w przyszłym sezonie?- Taki scenariusz zawsze jest możliwy, to powinno się rozstrzygnąć w najbliższych dniach. Na pewno brązowy medal ułatwi nam rozmowy ze sponsorami z Torunia, są pozytywne sygnały z Polski. Nie wiadomo jednak, ile te rozmowy potrwają, a decyzje związane z trenerem Omaniciem czy udziałem w pucharach musimy podjąć najpóźniej do końca maja. Potrzebujemy przede wszystkim drugiego sponsora strategicznego. Jesteśmy jedynym klubem w ekstraklasie, który ma sponsora głównego spoza swojego miasta. Dziś przyszłość Energi wciąż jest nieznana. Jeżeli nie znajdziemy dodatkowych pieniędzy, to na pewno będzie bardzo trudno powtórzyć te sukcesy.
- Klub ma jednak problemy nie tylko z budżetem. Kłopotliwa jest także organizacja treningów w szkolnej hali przy ul. Grunwaldzkiej. Koszykarki skarżą się, że praktycznie nie mają atutu własnego boiska.- To nie jest zależne tylko od nas, sami nie jesteśmy w stanie zorganizować sobie w Toruniu treningów przed południem ze względu na brak odpowiedniego obiektu. To poważny kłopot, bo nie chodzi tylko o nas, ale o zapewnienie dwóch treningów drużynie gości w europejskich pucharach. Zespoły w Pucharze FIBA czy z PLKK rzadko korzystają z tego prawa, ale w Eurolidze to praktycznie norma. To musi być zapewnione i to nie kosztem naszych treningów.
- Trener Omanić twierdzi także, że na kolejnym etapie nie da się już prowadzić klubu w dwie osoby i konieczne jest rozszerzenie zarządu.- Oparcie działalności klubu na wąskim gronie osób nie wynikało z tego, że nie mamy zaufania do innych ludzi. Powód jest zawsze ten sam: brak pieniędzy. Nie stać nas było na dodatkowe wynagrodzenia. Sam raczej wkładałem do klubu pieniądze, pani dyrektor także funkcjonuje na zasiłku. Teraz chcielibyśmy pewne sprawy powierzyć w ręce specjalistów, ale najważniejsze pozostanie zgromadzenie środków na drużynę.
- Problemem jest także mało Torunia w zespole. Plany związane z młodzieżą były tymczasem bardzo ambitne?- Jest znacznie lepiej niż trzy lata temu. Obecnie w klubie trenuje ponad sto młodych dziewcząt, ale to proces wieloletni. Dziękuję trenerom, którzy przez kilka godzin w tygodnie za niewielkie pieniądze poświęcają im swój czas. To problem nie tylko nasz, ale całego polskiego sportu. Po prostu nie ma pomysłu na szkolenie młodzieży, a kluby z ich ograniczonymi możliwościami finansowymi nie są w stanie tego rozwiązać.
- Gdybyś trzy lata temu wiedział, jakie cię czekają problemy, to zdecydowałbyś się na prowadzenie klubu?- Nie wchodzi się nigdy dwa razy do tej samej rzeki, ale na pewno dziś nie żałuję tej decyzji. Nie dałbym rady bez współpracowników, którzy pracuję często rezygnując z życia osobistego. Jednak gdybym miał rozpoczynać taki projekt od początku, to chyba bym się tego nie podjął.
www.pomorska.pl