Justyna Żurowska: Ten medal jest dla Oli
W każdym momencie pamiętamy o Oli Piotrowskiej, osobie bardzo mi bliskiej, która była taką zawodniczką, która również przeszłaby z nami tą całą drogę. Niestety. Los chciał inaczej. Nie ma Oli z nami, ale ten pierwszy mój i pierwszy gorzowski medal dedykuję właśnie jej - mówi kapitan KSSSE AZS PWSZ Gorzów.
Gdy w 2002 r. przychodziła do Gorzowa ze Świdwina, nie przypuszczała, że zajdzie z AZS PWSZ tak daleko. Rosła razem z klubem, wreszcie w trakcie obecnego sezonu została kapitanem drużyny. Na razie nie wyobraża sobie innego miejsca w koszykarskim świecie. Jak sama mówi, w gorzowskim zespole ma to, czego w sporcie szukała. I jeszcze nie wszystko z nim wygrała.
Ireneusz Klimczak: Ogromny wysiłek kilku ostatnich lat ma fantastyczny finał. Powtórzę to co nieustannie słyszę od ostatniej sekundy czwartego spotkania z Lesznem. Zrobiłyście to!
Justyna Żurowska: Przez te kilkadziesiąt minut wspaniałej radości przewinęły mi się przed oczami wszystkie te lata naszej ciężkiej pracy. Wszyscy ludzie, którzy przez ten czas byli i są z nami. Od dalszej pozycji w pierwszej lidze, potem awans do ekstraklasy, wreszcie przed rokiem czwarte miejsce i teraz medal. W każdym momencie pamiętamy o Oli Piotrowskiej, osobie bardzo mi bliskiej, która była taką zawodniczką, która również przeszłaby z nami tą całą drogę. Niestety. Los chciał inaczej. Nie ma Oli z nami, ale ten pierwszy mój i pierwszy gorzowski medal dedykuję właśnie jej.
Mamy za sobą serię godną gry o medal. I chyba rywalkom należała się ta jedna wygrana, bo to w końcu też dziewczyny z charakterem.
- Tak grającej drużynie Leszna jak w tym trzecim pojedynku pewnie nikt w kraju by się nie postawił. Wyszły zdecydowane i zagrały te zawody na nieprawdopodobnej skuteczności rzutów z gry. Robiłyśmy co mogłyśmy. Też miałyśmy w składzie fenomenalne Kati Ristić i Agę Szott. To jednak nie wystarczyło. Taki mecz w serii mógł być tylko jeden.
Ostatnie spotkanie wyglądało zupełnie inaczej. Załatwiliśmy sobie brąz firmową bronią KSSSE AZS PWSZ.
- Trener o długiej ławce i naszych najważniejszych atutach mówił nam od początku sezonu. Używając ich, znacznie skróciłyśmy sobie drogę do podium. U nas nie ma podziału na pierwszą piątkę i resztę. Jest szeroki skład i minuty gry dla każdego. Czas na pokazanie się i dołożenie swojej cegiełki. Dzięki temu ten brązowy medal świetnie smakuje nie tylko piątce, czy szóstce, ale całej dwunastce zawodniczek.
Zdajesz sobie sprawę, że przed Wami zostały tylko Gdynia i Kraków, które od kilku lat straszą całą ligę budżetami i poziomem sportowym. Nadchodzi czas, aby Gorzów na poważnie napsuł krwi tym najmocniejszym w kraju?
- Leszno też nie ma wielkiego budżetu, a jest na czwartej pozycji. Dlatego nie ma co do końca patrzeć na pieniądze. Oczywiście jeśli chcemy iść dalej, wyżej, wzmocnienia muszą przyjść. Jeśli to się nie uda to przez sezonem trzeba postawić sobie taki cel, na jaki faktycznie będzie nas stać i choćby zagrać o potwierdzenie tego trzeciego miejsca w Polsce. Z drugiej strony jesteśmy zespołem złożonym z bardzo ambitnych osób, które są przyzwyczajone cały czas iść kroczek dalej. Marzy nam się teraz wielki finał, ale zdaję sobie sprawę, że to bardzo ambitne i niesamowicie trudne wyzwanie.
Co to przed meczami w Lesznie stało się z Twoimi włosami?
- Myśli o tym co może wydarzyć się w wyjazdowych spotkaniach były dla mnie już tak trudne, że musiałam coś ze sobą zrobić. Poszłam do fryzjera. Nie do końca miało to wyglądać jak wygląda [śmiech - przyp. red.], ale jest dopasowane do medalu. Za każdym razem gdy wstaję to nie poznaję się w lustrze i się śmieję. Kobieta zmienną jest, a więc po 23 latach stałam się blondynką. Specjalnie na ten fantastyczny moment wszystkich ludzi związanych z gorzowską koszykówką.
Ireneusz Klimczak
http://www.gazeta.pl