Wojciech Downar-Zapolski: - Nie można było wygrywać z przetrąconym kręgosłupem
- Nie wykonaliśmy podstawowego zadania, czyli nie zdobyliśmy tytułu mistrza Polski, musząc się zadowolić medalem brązowym. Z drugiej strony sięgnęliśmy po Superpuchar i Puchar Polski - mówi w obszernym wywiadzie dla "Gazety Krakowskiej" trener Wisły Can-Pack Wojciech Downar-Zapolski, który żegna się z prowadzeniem tego zespołu. W przyszłym sezonie ma go zastąpić szkoleniowiec z zagranicy.
Wojciech Batko: - Generalnie ocena dokonań koszykarek w zakończonym sezonie jest negatywna. Słyszy się nawet głosy, że doszło do katastrofy. Czy uprawnione jest aż tak ostre sformułowanie?
Wojciech Downar-Zapolski: - Nie wykonaliśmy podstawowego zadania, czyli nie zdobyliśmy tytułu mistrza Polski, musząc się zadowolić medalem brązowym. Z drugiej strony sięgnęliśmy po Superpuchar i Puchar Polski, a w Eurolidze - choć znowu nie udało się zakwalifikować do czołowej ósemki - mieliśmy najlepszy sezon, od czasu kiedy Wisła startuje w tych rozgrywkach. Czy to są więc katastrofalne dokonania?!
Ale mając taki, a nie inny skład, ponadto biorąc pod uwagę warunki stworzone przez sponsora, zadanie sięgnięcia po złoto było chyba zrozumiałe? Ponadto w 1/16 finału Euroligi odpadliście z zespołem, który z racji średniej wieku swoich koszykarek bardziej winien się uczyć od Wisły, niż jej dawać lekcje...
- Zacznę od drugiej kwestii. Owszem, węgierski Sopron był młodą drużyną, lecz nie deprecjonujmy jego klasy. Przecież doszedł do Final Four! Natomiast wszystkim nam było strasznie żal po przegraniu trzeciego meczu, gdyż awans był bardzo, ale to bardzo blisko. W pewnym momencie, pod koniec gry, mieliśmy trzy, cztery szanse na pognębienie rywalek.
Niestety, akurat wtedy nie udało się, nie stanęliśmy na wysokości zadania, nie wytrzymaliśmy psychicznie. I to dodatkowo bolało, gdyż w pierwszym rzędzie to my zawaliliśmy, zawiedliśmy samych siebie! Przyznam, że wtedy w zespole coś pękło, długo dochodziliśmy do siebie i w sumie nie wróciliśmy już do oczekiwanej równowagi.
Odnośnie zaś batalii o mistrzostwo Polski, nie odżegnuję się od tego, że teoretycznie mieliśmy wszelkie dane, żeby tytuł obronić. W sporej mierze "położył" nas ogromny pech.
Nie przesadza Pan?!
- Ani trochę! Nie będę szerzej mówił o tworzeniu się zespołu już w trakcie sezonu, i to po sporych zmianach personalnych, gdyż od dawna jest to coś naturalnego. Nikt natomiast nie mógł przewidzieć wręcz plagi kontuzji.
Przez większość sezonu leczyła się Pałka, najpierw mając skręcony staw skokowy, a potem nietypowo złamany palec u ręki. W listopadzie kontuzji kolana, eliminującej zawodniczkę do końca sezonu, doznała Wielebnowska.
Przez krótki czas pauzowała Kobryn. No i "rozsypała" się Holdsclaw. Czyli mówimy o czterech podstawowych koszykarkach, na których opierał się plan naszej gry. Proszę zauważyć, że Lotos, AZS Gorzów i Polkowice aż takich problemów nie miały. Będąc zespołami o wiele silniejszymi niż w poprzednim sezonie. Dodam jeszcze, że to nie my stanęliśmy w miejscu, ale rywale poszli w górę.
Rozumiem więc, że jeśli grałyby Holdsclaw z "Wielebną", to byłoby dużo lepiej...
- To jest oczywiste, przynajmniej dla mnie! Nie twierdzę, że na pewno zdobylibyśmy mistrzostwo, lecz pole manewru byłoby o wiele większe. A w koszykówce jest to atut nie do przecenienia.
Może wiążąc się z Holdsclaw, nic nie ujmując jej bezprzecznie wielkiej klasie sportowej, zostaliście wprowadzeni na przysłowiową minę?
- Cóż, to było ryzyko, które jednak... należało podjąć. Przecież w chwili podpisywania kontraktu nic nie wskazywało na to, że zawodniczka zostanie pokonana przez problemy zdrowotne. Chamique miała być liderką zespołu, najlepszą amerykańską koszykarką na naszych parkietach. I taka była, jeśli grała! Niestety, o wiele za krótko. Pamiętajmy o tym! A kiedy jej zabrakło, a także "Wielebnej", to jakby przetrącony został kręgosłup tej drużyny.
Problemy, powiedzmy, obiektywne są do przyjęcia w "procesie obronnym". Co jednak Wojciech Downar-Zapolski zarzuca sam sobie? Jakie błędy popełnił tylko on?
- Nie zawsze udawało mi się złożyć taką "piątkę", żeby grała ona najefektywniej. Mam tu na myśli głównie rywalizację ligową, gdzie wymogiem była stała obecność na parkiecie dwóch Polek. A przecież koszykarki zagraniczne, każdą z nich, śmiało można nazwać gwiazdami. I ciężko, niestety, było im wytłumaczyć, że czasami muszą usiąść na ławce.
Proces motywacyjny był bardzo utrudniony. Rodziły się frustracje, były komentarze i dyskusje, siadała atmosfera. Natomiast w przypadku Polek, kiedy zaczęły się kontuzje, pole personalnego manewru stało się malutkie jak chyba nigdy dotąd.
Wspomniał Pan o motywacji. Skoro były z tym problemy, to może trener nie miał odpowiedniego autorytetu u zawodniczek?
- Gdyby koszykarki, mimo wszystko, mnie nie szanowały, to raczej nie dotrwalibyśmy do końca sezonu i nie byłoby nawet tego brązowego medalu. Poza tym nie zawsze fakt, że z większością dziewczyn znam się już od kilku lat, był mi pomocny. To chyba zbytnio uspokajało, co owocowało popadaniem w rutynę.
A czy mógł Pan liczyć na pomoc z zewnątrz?
- Jak mam to rozumieć?
Chodzi mi o przełożonych i ich... znajomych. Nie zawsze słyszałem opinie wypowiadane ze zrozumieniem czy też troską...
- Trener zawsze odpowiada za zespół i jego dokonania. Starałem się pracować najlepiej, jak potrafiłem. Cóż, wystarczyło to na takie, a nie inne rezultaty w tym sezonie. A że najłatwiej jest oceniać, stojąc z boku, nie odpowiadając za daną "działkę"?
Ot, życie. I to tyle w tej kwestii. Natomiast nie mam żadnych pretensji o to, że nie zostanie ze mną przedłużony kontrakt. Sam byłbym zdziwiony, gdyby stało się inaczej! Po prostu jak jest wojna, to są też ofiary.
Jeśli były takie zawodniczki, to które Pana zawiodły?
- Uważam, że od każdej z wiślaczek można było wymagać jeszcze więcej. Nawet gdyby sięgnęły po mistrzostwo czy awansowały do najlepszej "ósemki" Euroligi. Ponadto zbyt często brakowało nam lidera, który pociągnąłby zespół tak na parkiecie, jak i poza nim.
Choć kilka dziewczyn mogło przyjąć taką rolę. Natomiast nie chcę teraz mówić na forum publicznym, która z zawodniczek mnie zawiodła więcej, a która mniej. Po co, co by to dało? Bo że niektóre mogły być dużo lepsze, to prawda.
To my na koniec o nich wspomnimy. Maksimović i Skerović w pierwszym rzędzie, potem Canty, trochę też Dupree?
- Interesująca kolejność, natomiast swój ranking zostawię dla siebie. Pewne jest tylko, że drużyna musi być przebudowana, trochę wstrząśnięta. Dla jej dobra.
Źródło: Gazeta Krakowska/wislaportal.pl
..a ten znowu bredzi
